12.21.2013

14) Straż przednia

              Czas dłużył się Nimfadorze nieubłaganie, każdy dzień wlókł się w nieskończoność i młoda aurorka nie wierzyła w to, że wytrzyma do końca tygodnia. Nie potrafiła skupić się na pracy, coraz częściej niszczyła różne przedmioty i na okrągło opowiadała w domu o tym co ma wydarzyć się już niedługo. Jej rodzice spoglądali na nią jedynie z politowaniem i uśmiechali się, gdy ta dzieliła się z nimi swoim entuzjazmem.
              W końcu nastała długo wyczekiwana niedziela. Od samego rana Tonks była niezwykle podekscytowana. Zerwała się z łóżka, skoro świt, co w jej przypadku było nienaturalne i cały dzień żywiła się myślą, że wreszcie pozna słynnego Harry’ego Pottera. Syriusz i Remus tyle jej o nim opowiadali, że czuła się tak, jakby już go znała. Jednak myśl, że weźmie udział w swojej pierwszej poważnej misji, sprawiała, że ręce trzęsły się i pociły, a wszystko wypadało jej z rąk. Jej podwyższony poziom niezdarności spotkał się z ogromnym niezadowoleniem Andromedy.
– Nimfadoro, już drugi raz zbiłaś ten talerz! – krzyknęła pani Tonks, karcąc córkę spojrzeniem. – Uspokój się, zanim wysadzisz dom w powietrze!
– Przepraszam, mamo… Troszkę się denerwuję – przyznała z miną niewiniątka Dora.
Spacerowała w kółko po domu, wydeptując w podłodze dziurę i czekała, aż wybije siedemnasta i będzie mogła już wyjść. Co chwilę stawała przed lustrem i zmieniała kolor włosów, by później przejść się po salonie i ponownie spojrzeć na swoje odbicie. Krótkie, najeżone włosy Nimfadory przybierały różne barwy, zielony, czerwony, niebieski. Była tak zaaferowana swoimi metamorfozami, że gdy spojrzała na zegarek, była już za pięć piąta. – Zaraz się spóźnię! – zawołała i w ostatniej chwili podjęła decyzję, że tego dnia jej włosy będą fioletowe. Wybiegła szybko z domu, zabierając ze sobą swoją wierną miotłę, Kometę Dwa Sześćdziesiąt i już po kilku minutach znalazła się przed domem Syriusza.
Wbiegła do budynku i szybko przemierzyła korytarz prowadzący do kuchni. O dziwo nie potknęła się o nic. W środku znalazła prawie całą straż przednią, w której skład wchodzili Remus, Moody, Emmelina Vance, Sturgis Podmore, Dedalus Diggle, Elfiad Doge i Hestia Jones. Brakowało jedynie Kingsleya. Tonks przywitała się ze wszystkimi i zajęła wolne miejsce. Czekali jeszcze kilka, może kilkanaście minut, podczas których Moody kręcił się po kuchni i narzekał na opóźnienie. Po chwili do kuchni wpadł w końcu Shacklebolt.
– Wybaczcie, Scrimgeour zatrzymał mnie w ministerstwie. Nie miałem, jak was poinformować – tłumaczył się Kingsley, łapiąc z trudem oddech.
– Siadaj – polecił mu natychmiast Moody. Najwidoczniej powód spóźnienia nie był dla niego tak istotny. – Słuchajcie, zanim wyruszymy, musimy ustalić pewne sprawy. My jesteśmy strażą przednią, mamy bezpośredni kontakt z Potterem. W razie niepowodzenia jest straż tylna, która będzie lecieć za nami i nas osłaniać. Gdy dostaniemy się już do domu wujostwa Harry’ego, ty, Remusie, dasz sygnał – tłumaczył z powagą, a Lupin kiwnął głową na znak, że zrozumiał. – Będziemy mieli trochę czasu, aż reszta sprawdzi, czy teren jest czysty i wszystko idzie zgodnie z planem. Pierwszy sygnał przygotowujemy się, na drugi lecimy.
– Sądzisz, że możemy być śledzeni? – spytała Hestia.
– Jest taka możliwość – stwierdził Szalonooki, zerkając na każdego swoim magicznym okiem. – Nigdy nic nie wiadomo. Pamiętajcie jedno… STAŁA CZUJNOŚĆ! Kiedy już będziemy lecieć, nie możemy zerwać szyku. Nawet jeśli ktoś zginie – oznajmił beznamiętnie. – Przygotujcie się!
              Jednak wbrew oczekiwaniom Moody’ego na chwilę całkowitego skupienia w oczekiwaniu na akcję, w kuchni zapanował gwar. Wszyscy zaczęli ze sobą rozmawiać, wymieniać się spostrzeżeniami i przypuszczeniami co do każdego aspektu misji.
– Jaki jest Harry? – spytał w końcu Kingsley, a to pytanie dręczyło wszystkie osoby, które nie miały jeszcze okazji poznać Pottera osobiście. Głos zabrał Remus.
– Jest taki sam jak James… Tylko oczy ma po Lily. Jest odważny, lojalny i przyjacielski, zawsze mówi prawdę. Ważniejsze jest dla niego dobro przyjaciół niż jego własne – powiedział Remus, a Tonks oczami wyobraźni ujrzała wysokiego chłopaka o ciemnej, rozczochranej czuprynie i okularach, do złudzenia przypominał mężczyznę z fotografii w jej domu. Różnili się jedynie oczami. Chłopak z wyobraźni Dory miał zielone oczy w odcieniu wiosennej trawy, oczy swojej matki. Dalszą rozmowę o Harrym przerwał Moody.
– Zbieramy się! Każdy ma miotłę? Doskonale! Wychodzimy – zarządził Szalonooki i wyszedł z kuchni, trzymając swoją miotłę w ręce. Wszyscy już w pełnym skupieniu ruszyli za nim. Cały orszak zamykała Tonks, której nie opuścił dobry humor, wręcz przeciwnie, czuła, że energia rozpiera ją jeszcze bardziej niż wcześnie. Uśmiechnięta maszerowała, wymachując swoim środkiem lokomocji.
              ŁUBUDU!
– Tonks, uważaj trochę! – ryknął Szalonooki, nawet się nie odwracając, gdy Nimfadora upadła na ziemię wraz ze stojącą nieopodal nogą trolla. Tonks przeklęła siarczyście, ale na całe szczęście zagłuszyła ją pani Black.
– Mendy, jak śmiecie?! Jak wam nie wstyd?! Kreatury! – krzyczała rozbudzona, a wszyscy jęknęli ze zmęczeniem. Z góry natychmiast zbiegła Molly i od razu rzuciła się do pomocy Remusowi, który próbował zaciągnąć zasłony. – Nie dotykaj mnie potworze! Wilkołaku! Zdrajco krwi… – zamilkła.
– Przepraszam – szepnęła Nimfadora. Za każdym razem to właśnie ona musiała obudzić tą jędzę. Nawet Fred i George zachowywali się ciszej w pobliżu jej portretu, a ona? Było jej tak strasznie głupio, że wywołała kolejny wybuch gniewu matki Syriusza akurat w tym momencie.
– Daruj sobie. Pośpieszmy się – zalecił Moody. Wszyscy wyszli na ulicę i natychmiast deportowali się za pomocą teleportacji łącznej.
              Tonks poczuła nieprzyjemne szarpnięcie w okolicy żołądka. Zdecydowanie wolała teleportować się samodzielnie. Wówczas można było lepiej wyważyć środek ciężkości, przemieszczenie się było bardziej precyzyjne, a odczuwalne skutki mniej dokuczliwe. Po chwili wszyscy wylądowali w jakimś ciemnym pomieszczeniu, tylko Nimfadora, rzecz jasna, musiała pochwalić się swoją niezdarnością i wylądować na szafce, przy okazji zbijając kilka talerzy.
– Tonks, na litość boską ciszej! – Moody po raz kolejny zwrócił jej uwagę. Dora się wściekła. Na Grimmauld Place faktycznie to była jej wina, ale teraz nie z jej winy wylądowała w tym miejscu.
– To nie moja wina, że ci mugole to tu położyli! To chyba oczywiste, że talerzy nie trzyma się na wierzchu – stwierdziła dosadnie Nimfadora. Pochyliła się nad odłamkami porcelany i jednym zaklęciem przywróciła je do pierwotnego stanu.
– Bądźcie wszyscy cicho… – nakazał Szalonooki, rozglądając się dookoła. Kiedy prawdopodobnie stwierdził brak obecności kogoś niepożądanego, spojrzał na Lupina. – Remusie, daj sygnał. – Mężczyzna po omacku dotarł do okna i otworzył je szeroko. Mruknął coś pod nosem, a z jego różdżki wystrzeliły czerwone iskry.
– Cicho tu… – zauważyła Tonks. Spodziewała się, że kiedy tu się pojawią, zastaną Pottera w salonie albo kuchni, a przynajmniej, że w którymś pokoju będą zapalone światła. – Może wzięli Harry’ego ze sobą?
– To niemożliwe, oni nigdzie go nie zabierają… – stwierdził Lupin, zamykając okno z powrotem.
– Profesor Lupin? Czy to pan? – dobiegł ich głos dochodzący z klatki schodowej. Ktoś skierował w stronę zebranych różdżkę, z końca której wyłaniało się blade światło.
– Opuść różdżkę, chłopcze, zanim pozbawisz kogoś oka – odezwał się Alastor, a postać zrobiła krok w ich stronę.
– Profesor Moody? – spytał ponownie chłopak.
– Tak, tak… mi też miło cię widzieć! – mruknął Szalonooki. – Zejdź tu do nas…
– Spokojnie, Harry, przyszliśmy cię stąd zabrać – uspokoił go Lupin, a chłopak najwyraźniej poczuł się o wiele pewniej. Zszedł kilka stopni niżej i opuścił różdżkę. Wszyscy stali w milczeniu, nic prawie nie widząc.
– Nie wiem jak wy, ale ja lubię widzieć twarz swojego rozmówcy. Lumos! – powiedziała Tonks i światło z końca jej różdżki zalało całe pomieszczenie. W tej chwili go zobaczyła. Był dokładnie taki sam, jak go sobie wyobrażała. No może prawie… Harry był bardziej chuderlawy i mniej pewny siebie niż jego ojciec, ale gdyby nie to i zielone oczy Lily, można by uznać go za kopię Jamesa. Potter zamrugał kilka razy, przyzwyczajając wzrok do światła i rozejrzał się po wszystkich. – Cześć, Harry!
– Eee… cześć – odpowiedział nieco zakłopotany, przyglądając się uważnie Nimfadorze. Wszyscy zaczęli zachwycać się chłopakiem i porównywać go do jego rodziców. Najwięcej udzielały się osoby, które faktycznie znały Potterów i miały jakiekolwiek pojęcie na ich temat. Tonks mając możliwość przyrównania go jedynie do fotografii, poprzestała jedynie na uważnym lustrowaniu chłopaka wzrokiem. Tylko Moody patrzył podejrzliwie na Harry’ego.
– Jesteś pewien, że to on, Remusie?
– Tak, jestem – oznajmił pewnie wilkołak.
– Ja bym jednak wolał to sprawdzić. Nie chcę brać ze sobą śmierciożercy – stwierdził Szalonooki, zezując na młodego Pottera swoim magicznym okiem.
– Harry, kogo zobaczyłeś na Mapie Huncwotów w noc, kiedy ci ją zarekwirowałem? – spytał Remus.
– Glizdogona… Petera Pettigrew – odpowiedział Potter, a Remus uśmiechnął się szeroko.
– No, Harry, słyszałem, że nasze lekcje nie poszły na marne.
– Taak… dobrze, że miałem przy sobie różdżkę… Chociaż i tak wyrzucili mnie z Hogwartu – mruknął smutno chłopak. Tonks zastanowiła się chwilę, o co chodzi z tymi lekcjami… To pewnie Remus nauczył go zaklęcia Patronusa, a tym samym poniekąd uratował mu życie.
– To nie jest jeszcze rozstrzygnięte. Poczekaj do przesłuchania – powiedział Kingsley, a jego głos poniósł się delikatnym echem po wysprzątanym mieszkaniu. Harry zszedł niżej i już miał schować różdżkę do tylnej kieszeni spodni, ale powstrzymał go Szalonooki.
– Ni wkładaj tam różdżki, chłopcze! A jak się zapali? Lepsi czarodzieje tracili w ten sposób tyłki, możesz mi wierzyć! – Ta wypowiedz bardzo zaciekawił Tonks. Jeszcze nigdy nie słyszała o tak tragicznym przypadku. Przyjrzała się uważnie Szalonookiemu i zastanowiła się czy przypadkiem nie okłamuje wszystkich podając powód, z którego kuleje.
– A kto dokładniej stracił tyłek?
– Nie twoja sprawa. Nie powinno się wkładać różdżki do tylnej kieszeni. To podstawowy środek ostrożności, a w tych czasach nikt jakoś o tym nie pamięta! – powiedział surowym tonem i poszedł w stronę kuchni, a Tonks przewróciła teatralnie oczami. – Widziałem to! – wrzasnął, a Nimfadora zaczęła się śmiać, mrugnęła porozumiewawczo do Harry’ego i razem z innymi poszła w ślad za Alastorem.
– Wszystko w porządku? – zapytał troskliwie Lupin, podchodząc do chłopaka i obejmując go ramieniem w iście ojcowskim geście. Tonks uśmiechnęła się na ten widok.
– T-tak… Jakoś wytrzymałem ten miesiąc – odpowiedział chłopak. Kiedy wszyscy znaleźli się i rozsiedli wygodnie w kuchni, Tonks wskoczyła na blat i zaczęła się rozglądać dookoła. Ten dom wcale jej się nie podobał… – Całe szczęście jestem sam… Dursleyowie…
– Pędzą teraz na drugi koniec miasta, odebrać nagrodę za wygranie Ogólnokrajowego Konkursu na Najlepiej Utrzymany Trawnik Podmiejski… a przynajmniej tak im się wydaje – powiedziała roześmiana Nimfadora, a widząc pytające spojrzenie chłopaka dodała: – Wysłałam im mugolską pocztą taką informację… Biedni… Chciałabym zobaczyć ich miny, gdy tam dojadą i zorientują się, że żadnego konkursu nie ma… – powiedziała z nieukrywaną satysfakcją Dora i zaczęła się śmiać, a Harry i kilkoro innych osób wraz z nią.
– Naprawdę mnie stąd zabierzecie? Zaraz? Jeszcze dziś? – spytał Harry z nadzieją.
– Za chwilkę, musimy jeszcze poczekać, aż dadzą nam sygnał – wyjaśnił Lupin.
– Do Nory? – Chłopak zadał kolejne pytanie.
– Nie, to zbyt ryzykowne… Wszystkiego dowiesz się w swoim czasie – oznajmił cierpliwie Remus i zaczął każdego przedstawiać chłopcu. Harry znał już Moody’ego i Dedalusa, reszty w ogóle nie kojarzył. – A to jest Nimfadora…
– Nie nazywaj mnie Nimfadorą, Remusie! Już tyle razy cię o to prosiłam – przerwała mu nagle Tonks i wzdrygnęła się na dźwięk własnego imienia.
– … Nimfadora Tonks, która woli, by się do niej zwracać po nazwisku – zreflektował się natychmiast wilkołak.
– Nie lubisz swojego imienia? – spytał zaciekawiony Harry.
– Też byś go nie lubił, gdyby twoja matka nazwała cię Nimfadorą – mruknęła Dora. Czy to tak trudno zrozumieć?, dodała w myślach. Po chwili Moody zaczął tłumaczyć młodemu Potterowi, jak wygląda sytuacja. Tonks znała tą tyradę na pamięć. Szalonooki wyjaśnił, że wszyscy zebrani są jego strażą, że zabiorą go w bezpieczne miejsce i spędzi tam resztę wakacji. Chłopak wydawał się trochę ogłupiony, ale najwidoczniej nie miał nic przeciwko.
– Za jakiś kwadrans lecimy – oznajmił głośno Remus.
              Harry okazał się całkiem ciekawy i niedoinformowany, jeżeli chodzi o kwestię powrotu Voldemorta, bo cały czas usilnie starał się czegoś dowiedzieć. Jednak jego starania poszły na marne, bo nikt nie chciał mu niczego wyjaśnić, przynajmniej nie w miejscu, gdzie akurat byli. 
– Nie zadawaj tylu pytań, chłopcze, tylko podaj mi szklankę wody – zażądał Moody, a Harry zrobił to, o co go poproszono. Kiedy podał Szalonookiemu szklankę, ten zrobił coś ohydnego. Wyjął swoje magiczne oko z oczodołu, a towarzyszył temu obrzydliwy chlupot, od którego Dorze ciarki przeszły po plecach.
– Bleee! Moody! To jest odrażające! – zawołała zniesmaczona i odwróciła wzrok, kiedy Alastor wrzucił oko do szklanki i szturchnął je palcem, a ono zawirowało.
– Nie bądź taka delikatna, Tonks. Muszę mieć pełną widoczność w drodze powrotnej, a od kiedy ten łajdak go używał, co chwile szwankuje – wyjaśnił Moody, nie robiąc sobie nic z tego, że zniesmaczył wszystkich zebranych.
– A jak się tam dostaniemy? – spytał Harry.
– Jesteś za młody na aportację, Sieć Fiuu jest pod kontrolą ministerstwa, a na świstoklik nie mamy co liczyć… – powiedział Remus.
– Więc polecimy na miotłach! – zawołała zadowolona Tonks, podskakując z nogi na nogę. – Podobno dobrze latasz.
– T-tak trochę… – przyznał nieśmiało Harry. Widać, że czuł się nieswojo, będąc w centrum zainteresowania.
– Jaki skromny – zauważyła Emmelina.
– Harry to mistrz! Jeden z najlepszych szukających Gryfonów! – pochwalił chłopaka Remus.
– Jesteś spakowany, chłopcze? – spytał Kingsley, a Potter pokiwał przecząco głową. Właściwie to nic dziwnego, bo niby skąd miał wiedzieć, że tego dnia wyjedzie.
– No to na co czekasz? Biegnij na górę po swój kufer. Zaraz lecimy! – powiedziała uśmiechnięta Hestia.
– Oh… Pomogę ci! – zaoferowała swoją pomoc Tonks i razem z chłopakiem udała się schodami na górę, mogąc przy okazji lepiej obejrzeć dom. – Ale czyści ci mugole… Porządek jest nienaturalny! Przynajmniej dla mnie… – mówiła Dora, rozglądając się dookoła i mogłaby przysiąść, że Harry uśmiechnął się pod nosem, słysząc jej komentarz. Kiedy weszli do pokoju chłopaka, Tonks poczuła się o niebo lepiej. Nie było tu zbyt schludnie, a wręcz przeciwnie. Harry, najwidoczniej tak samo jak ona, nie dbał szczególnie o porządek. W całym pokoju wszędzie walały się ciuchy, książki, papiery, a klatka sowy już od dawna domagała się mycia. – Od razu lepiej! Tu nie jest tak… sterylnie. To chyba najnormalniejszy pokój w tym domu, co nie? – zauważyła Nimfadora, a chłopak zaśmiał się cicho pod nosem. Tonks obeszła całe pomieszczenie dookoła, a Harry zaczął wrzucać wszystko do kufra. Nimfadora zatrzymała się przed lustrem, wiszącym na wewnętrznej stronie drzwi szafy. Nie spodobało jej się to, co w nim zobaczyła. – Też uważasz, że ten kolor jest fatalny?
– Yyy…
– Jest koszmarny! Co ja sobie myślałam? Wyglądam potwornie! – mówiła, patrząc na swoje odbicie. Natychmiast zamknęła oczy, a jej włosy zmieniły kolor na różowy. – Od razu lepiej!
– J-jak pani to zrobiła? – zapytał Harry, otwierając szeroko oczy.
– Jaka pani? Jestem Tonks! I jestem metamorfomagiem… potrafię zmieniać swój wygląd – wytłumaczyła Dora i pomogła Harry’emu w pakowaniu, zadając mu przy tym mnóstwo pytań. Próbowała nawet wyczyścić klatkę jego sowy, ale nie wyszło jej to najlepiej. W między czasie opowiedziała mu trochę o metamorfomagach i o zawodzie aurora, a chłopak słuchał jej z zainteresowaniem. Kiedy kufer był już zamknięty, a pokój opustoszał, zapytała: – Wszystko spakowane? Różdżka nadal w dżinsach? Tyłek na miejscu? To idziemy! Locomotor kufer! – zawołała, a bagaże wzbiły się w powietrze. Tonks chwyciła klatkę z sową Harry’ego – Hedwigą i kierując różdżką, zeszła na dół, a chłopak za nią.
– Dłużej się nie dało? – zapytał z pretensją w głosie Moody, kiedy zeszli już na dół.
– Nie, nie dało. Był już sygnał? – zapytała różowowłosa.
– Jeszcze nie… – odpowiedział Kingsley.
– Wyjdźmy lepiej do ogródka. Harry, zostawiam list do twojego wujka i ciotki, żeby się nie niepokoili…
– Nie będą – zapewnił go Harry.
– … żeby wiedzieli, że jesteś bezpieczny…
– To ich tylko zasmuci.
– … i że wrócisz do nich na wakacje w przyszłym roku.
– A muszę? – zapytał ze smutkiem Harry, na co Remus tylko się uśmiechnął, a Tonks parsknęła głośnym śmiechem. Ten chłopak mi się podoba! Będą jeszcze z niego ludzie, pomyślała Tonks. Wszyscy wyszli do ogródka i stanęli na równo skoszonym trawniku.
– Wiesz co, Harry? – zapytała Dora, a Potter spojrzał na nią pytająco. – Twój wujek rzeczywiście mógłby wygrać ten konkurs! – powiedziała i uśmiechnęła się szeroko, a Harry zaczął się śmiać.
– Nie pora na żarty! Rzucę na ciebie, chłopcze, zaklęcie Kameleona, żeby nikt cię nie zobaczył – powiedział i uderzył dość niedelikatnie Harry’ego różdżką w głowę, a on zaczął powoli znikać.
– Brawo, Szalonooki! – pochwaliła go Tonks, wpatrując się w chłopaka, albo raczej w jego widoczne resztki.
– Słuchaj, Potter, lecimy wszyscy razem. Tonks przed tobą, siedź jej cały czas na ogonie. Lupin pod tobą, ja z tyłu, a reszta naokoło nas, rozumiesz? – zapytał Moody, a Harry tylko przytaknął. – Pod żadnym pozorem nie wolno łamać szeregu. Gdyby ktoś został zabity, reszta leci dalej! Gdyby załatwili nas wszystkich, przejmuje cię straż tylna. Masz lecieć prosto na wschód.
– Nie bądź taki beztroski, Szalonooki, bo Harry pomyśli, że sobie żartujemy – powiedziała Tonks i zaczęła przymocowywać bagaż chłopaka do swojej miotły.
– Właśnie, Moody. Nikt nie zamierza umierać – poparł ją Kingsley.
– Mówię tylko, jaki mamy plan – oburzył się Alastor.
– Wsiadamy na miotły, jest pierwszy sygnał! – zawołał Lupin, a Nimfadora spojrzała w niebo, które było rozświetlone przez czerwone iskry. Tonks, tak sam jak wszyscy inni, przerzuciła prawą nogę przez swoją miotłę i ścisnęła mocno jej rączkę. – Drugi sygnał, lecimy! – I rzeczywiście, granatowe niebo przeciął snop zielonych iskier.
Wszyscy odepchnęli się od ziemi. Tonks poczuła jak delikatny wietrzyk przyjemnie pieści jej twarz, uwielbiała uczucie towarzyszące lataniu. Pochyliła się do przodu, powodując, że jej Kometa przyśpieszyła, narzucając tym samym tempo pozostałym. Leciała na wschód tak, jak kazał Moody. Obróciła się do tył i zobaczyła za sobą Harry’ego. Był uśmiechnięty, na jego twarzy widać było prawdziwą radość, leciał tak, jakby właśnie po to się urodził.
– Ostro w lewo… - dobiegł ją ochrypły głos Szalonookiego. Skręciła tak, jak jej kazano i leciała dalej w wyznaczonym kierunku, prowadząc całą straż przednią. - Wyżej! O ćwierć mili! – zarządził Alastor.
              Wznosili się coraz wyżej i wyżej. Patrząc w dół można było dostrzec jedynie błyszczące się cętki – były to latarnie i reflektory samochodów. Nimfadora bawiła się świetnie. Postanowiła skorzystać z nadarzającej się okazji i odrobinę zaszaleć. Puściła rączkę swojej miotły i podskoczyła. Po chwili stała na swojej miotle, tak jakby surfowała na desce po falach. Śmiała się tak głośno, że mógłby ją usłyszeć cały Londyn. Spojrzała za siebie i zauważyła, że Harry’ego także to bawi. Zerknęła w dół, pod nią leciał Remus, który przyglądał jej się z uznaniem.
              - Tonks, to nie zabawa! Siadaj tyłkiem na miotłę, a jak nie, to nie zabiorę cię już na żadną misję! – warknął gdzieś za nią Moody. Nimfadora posłusznie usiadła i odwróciła się do Pottera, obdarzając go promiennym uśmiechem. – Ukryjemy się w tamtej chmurze!
- Ja nie lecę przez żadne chmury! Nie mam zamiaru zmoknąć! – zawołała ze złością Dora. Moody najwidoczniej posłuchał jej, bo nie wlecieli w żadną chmurę i polecieli inną trasą, co chwila zmieniając kurs. Dookoła Pottera krążyli pozostali członkowie straży, wymieniając między sobą uśmiechy i krótkie komentarze.
- Musimy zatoczyć koło, ktoś mógł nas śledzić! – krzyknął Szalonooki.
- CZYŚ TY ZWARIOWAŁ, MOODY? JAK TAK DALEJ PÓJDZIE, NIEDOŚĆ, ŻE ZAMARZNIEMY TO JESZCZE DOLECIMY TAM W PRZYSZŁYM TYGODNIU! – wrzasnęła Tonks, trzymając się wyznaczonego kursu. On chyba do reszty postradał zmysły, pomyślała.
- Jesteśmy już blisko! Podchodzimy do lądowania! Harry, leć za Tonka! – krzyknął Remus.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz