2.27.2017

114) Wszystko straciłam

              Meg nigdy nie należała do niepoprawnych romantyczek, raczej stroniła od irracjonalnych zachowań, które można było tłumaczyć motylami w brzuchu. Jednak od kiedy Remus zjawił się w lesie, wszystko się zmieniło. Może i brzmiało to beznadziejnie głupio, zważywszy na wiek Owen i jej życiowe doświadczenie, ale pokochała Lupina całym swoim sercem. Stał się najjaśniejszą gwiazdą na jej niebie i nieprzerwanie ciągnęło ją do niego. A i on chyba czuł to przyciąganie, bo chociaż nie chciał nigdy zjawić się w lesie i do niedawna kochał kogoś innego, to zawsze wracał. Wracał do tego miejsca, do niej, do tego co udało im się zbudować. To już o czymś świadczyło… A miniona noc udowadniała to całkowicie.
              Ile oboje musieli wycierpieć, by w końcu mogli dać upust swoim emocjom… Ta noc w maleńkim, niewygodnym szałasie, należała do najpiękniejszych chwil w życiu Maggie oraz do pierwszej chwili w ich wspólnym życiu. Meg pragnęła zostać w swoim dawnym domu na zawsze, wtulona w ciepłe ciało Remusa, słuchając jego spokojnego oddechu i czując, jak bawi się jej włosami. Zachowywali się zupełnie jak nastolatkowie, którzy przeżywając swoją pierwszą miłość i dopiero zaczynają kosztować rozkoszy kochania. Ale jej to nie przeszkadzało, bo nie było nic prawdziwszego i piękniejszego niż to młodzieńcze uczucie, które dopadło ich w tak późnym momencie ich życia. Niestety, nie mogli sobie pozwolić na wieczny sen w szałasie. Warunki mieszkalne i atmosferyczne nie były sprzyjające, a po drugiej stronie lasu czekał na nich Andrew. Musieli iść, zostawić swoje gniazdko i wrócić do leśnego życia, które rzucało im często kłody pod nogi.
              Dlatego jeszcze przed południem, zaraz po tym jak Maggie skonstruowała prowizoryczne kule dla Remusa, wyruszyli wolnym krokiem w stronę chatki Moona, do której doszli, gdy słońce górowało na niebie i przebijało się przez korony drzew.
              – Remusie – odezwała się Maggie, zatrzymując się, gdy w oddali dostrzegła cel ich wędrówki. Lupin stanął i zwrócił się w jej kierunku. Meg chciała mu powiedzieć o… o wszystkim co możliwe, ale kiedy ujrzała to łagodne spojrzenie, mowę jej odjęło. Zbliżyła się tak blisko, jak tylko mogła i wspięła się na palce po to, by pocałować go czule. – Witaj w domu.
***
              Tonks nigdy nie przypuszczała, że zgadzając się na przeniesienie do Hogsmeade, gdzie teoretycznie powinna odciąć się od dawnego otoczenia, spotka się z tyloma dawnymi znajomymi. Pomijała już częstą obecność Estery, która pracując w Trzech Miotłach, dużo rozmawiała z Nimfadorą, najwidoczniej nie rozumiejąc, bo właściwie skąd miała wiedzieć, że sama jej obecność, jej błogosławiony stan i związane z nim tematy, przypominają Tonks o największej stracie, jakiej doznała. Przyzwyczaiła się również do tego, że nawiązała stały kontakt z Kingsleyem, który jako jej zwierzchnik musiał wiedzieć o wszystkim, co działo się w Hogsmeade. Bardziej dziwiły ją listy od Nate’a, który nieustannie próbował z nią korespondować, a Dora usilnie chowała koperty do szuflady biurka, nawet ich nie otwierając. Chciała całkowicie oddać się pracy, zwłaszcza, że było jej całkiem sporo. Trzymanie pieczy nad całym oddziałem aurorów, było niełatwym zadaniem, a nieprzychylna opinia, jaka krążyła o Nimfadorze w szeregach jej podwładnych, nie ułatwiała sprawy. Dorze wydawało się, że jest na straconej pozycji, ale nie miała zamiaru się poddawać. Wiedziała, że Kingsley na nią liczy, a i jej praca może mieć znaczenie dla Zakonu. Z resztą nawet gdyby zrezygnowała, to gdzie miałaby się udać. Opcja powrotu do rodziców w ogóle nie wchodziła w grę, na kupno własnego mieszkania musiałaby jeszcze trochę odłożyć, a Weasleyom nie chciała się zwalać na głowę. Dlatego Hogsmeade nadal pozostawało najbardziej opłacalną i kuszącą opcją. Jednak największa zaleta pobytu w wiosce, jaką było odseparowanie od przeszłości, okazała się kompletnie nierealna. Tonks doświadczyła tego w momencie, gdy pewnego niedzielnego przedpołudnia schodząc do głównej sali pubu, usłyszała dwa znajome głosy. Jeden z nich należał do Estery, a drugi do osoby, której Nimfadora nie widziała od dawna.
              – Niedługo będę musiała wziąć urlop – stwierdziła Estera, gładząc się po swoim ciążowym brzuszku. – Póki co czuję się dobrze, ale pewnie za jakiś miesiąc nie będę już w stanie pracować. Zwłaszcza, że Luca daje się coraz bardziej we znaki.
              – I tak długo pracujesz, niejedna już dawno by zrezygnowała – odpowiedziała jej rozmówczyni. – Będziesz rodzić tutaj czy we Włoszech.
              – Wiesz, nie chcę uciekać z Anglii, ale nasze rodziny bardzo na to nalegają – powiedziała dość niechętnie Es. – Dużo czasu minęło, nim uniezależniliśmy się od nich. I teraz, kiedy wyrwałam się z Włoch, spełniłam swoje marzenia, miałabym wszystko zaprzepaścić i wrócić do punktu wyjścia? Nie chcę tego. I tak już na prośbę Giuseppe nie angażuję się za bardzo.
              – W razie czego wiesz, że możecie uzyskać ochronę, prawda?
              – Wiem, ale i tak jest nas zbyt mało, żeby jeszcze odwracać uwagę od głównego celu…
              Tonks nie przysłuchiwała się dłużej rozmowie przy barze, wiedziała, że rozmówczyni Estery czeka na nią. Dlatego przywołała na twarz wyraz świadczący o dobrym samopoczuciu oraz satysfakcji z pełnionej funkcji i zeszła po schodach na parter.
              – Laura, co ty tu robisz?
              – Sprawdzam czy jeszcze żyjesz! – zawołała panna Tonks, schodząc ze stołka i obejmując swoją kuzynkę. – Twoja mama już tak długo wierciła mi dziurę w brzuchu, że musiałam w końcu cię odwiedzić.
              – Masz szczęście, że nie mam dzisiaj patrolu od rana – zauważyła Dora.
              Panny Tonks usiadły przy stoliku, który był najbardziej oddalony od pozostałych, co umożliwiało im swobodną rozmowę, a Estera po chwili przyniosła im dwie kawy. Kuzynki nie widziały się od dawna. Właściwie ostatnim razem rozmawiały, krótko po bitwie w departamencie. O ile Laura zapewne wiedziała o tym, co działo się u Tonks, bo rodzice młodszej z nich na pewno o to zadbali, to sytuacja miała się zupełnie odwrotnie, jeżeli chodzi o Dorę.
              – Już się zadomowiłaś? – spytała Laura, rozglądając się po pubie. O tej porze było raczej pusto. Oprócz nich przy stoliku nieopodal baru siedzieli Andrew Edwards i Steven Blake, którzy przed chwilą wrócili ze swojego patrolu. Tonks zgodnie z informacjami z akt nigdy nie rozdzielała tej dwójki i faktycznie ich praca zawsze była efektywna. – Słyszałam, że sprawujesz tutaj ważną funkcję.
              – King mnie w to wrobił… Nikt nie mówił, że będzie łatwo, więc narzekać nie mogę – stwierdziła Nimfadora. – Lepiej opowiedz, co mnie ominęło. Dawno nie miałyśmy kontaktu.
              – Długo by mówić. Wróciłam do Zakonu – odpowiedziała z nikłym uśmiechem Laura. – Dużo się dzieje. Zmieniliśmy kwaterę, co miesiąc jest zmieniana. Moody zaczyna odrobinę bzikować, podobno już od dawna zachowuje się dziwnie. Jest jeszcze większym zgredem niż wcześniej, o ile to w ogóle możliwe.
              – Dawno nie miałam wiadomości od Zakonu – zauważyła Nimfadora.
              – Powinnaś przyjść w końcu na jakieś zebranie.
              – Przyjdę – zapewniła ją Tonks. – Na następne, ustaliłam to już z Kingiem.
              – On też nie ma najłatwiejszego zadania… – westchnęła Laura. – Ten mugolski minister nie jest zadowolony. Nie chodzi o Kingsleya, a o śmierciożerców. Jest coraz więcej ataków na mugoli…
              – Czytałam o tym w gazetach… – przyznała Nimfadora, obracając w dłoni prawie pusty kubek. – Millenium Bridge, Somerset, Brockdale Bridge, setki zamordowanych mugoli, a oni nawet nie są świadomi, co się dzieje. To straszne…
              – Nie udaje nam się zapobiegać ich działaniom – mruknęła niechętnie starsza Tonksówna. – Jest nas coraz więcej, ale oni mnożą się z każdym dniem. Brakuje nam informacji o nich. Jedyną naszą wtyką jest Snape.
              Tonks prychnęła z pogardą na dźwięk tego nazwiska. Wspomnienie spotkania przy bramie Hogwartu było jeszcze świeże i budziło w Nimfadorze ogromną wściekłość. Pamiętała tą satysfakcję na ohydnej twarzy Severusa, która pojawiła się w momencie, gdy wspomniał o jej patronusie. Jego zmiana zaskoczyła samą Tonks. Dora nie spodziewała się, że wypowiadając zaklęcie pojawi się coś innego niż fretka. Nie miała czasu by zastanowić się nad tym zjawiskiem, ale sama myśl o tamtym wydarzeniu budziła w niej sprzeczne emocje.
              – Ja też go nie znoszę – odezwała się Laura. – A już na pewno mu nie ufam, ale Dumbledore tak. Wszystkie nasze domysły musimy opierać na jego relacjach. A przynosi ich coraz mniej.
              – Może oni też mu nie ufają?
              – Nie wiem, może… – zadumała się chwilę, a potem powiedziała z powagą: – Osobiście uważam, że powinniśmy mieć kogoś jeszcze wśród nich… Oczywiście jest Remus, ale…
              – Nie chcę rozmawiać o tym wszystkim – przerwała jej natychmiast Tonks i szybko zmieniła temat. – Nie widziałyśmy się tyle czasu, a mówimy o sprawach… no służbowych. Opowiedz lepiej co u ciebie.
              – Wróciłam do Dereka – odpowiedziała natychmiast, jakby przez całe ich spotkanie Laura czekała tylko na odpowiedni moment, żeby o tym powiedzieć. Tonks spojrzała na nią zdziwiona. Podczas ich ostatniej rozmowy kuzynka oświadczyła jej, że nie będzie narażać ukochanego, zwłaszcza, że ten był mugolem i nie miał o niczym żadnego pojęcia.
              – Powiedziałaś mu o wszystkim? O magii, o wojnie, o… – zaczęła wypytywać Dora, a Laura kiwała jedynie głową, przytakując za każdym razem.
              – Już wie o wszystkim, przyjął to lepiej niż myślałam – odpowiedziała, spoglądając w widok za oknem. – Miałaś rację, mogłam powiedzieć mu wcześniej.
              – Nie ma nic przeciwko Zakonowi?
              – Tonks, on mnie kocha – powiedziała z przekonaniem Laura, jakby to stanowiło odpowiedź na każde pytanie. Zamilkły na chwilę, a każda z nich zatonęła we własnych myślach. Tonks cieszyła się z tego, że Laura wróciła do swojego faceta, chociaż nie było tego po niej widać. Poznała Dereka i na pierwszy rzut oka wydawał się być miły, a skoro dobrze przyjął wiadomość o prawdziwej naturze Laury, całym tym bagnie i w dodatku pozwolił jej się realizować w Zakonie, to naprawdę musiał ją kochać. A to było najważniejsze. Przynajmniej w przypadku większości par, bo u Tonks ta zasada się nie sprawdziła. Kochała Billa, a on kochał ją, jednak to nie wystarczyło by ich związek przetrwał. Kiedy Tonks była z Kirley’em… no cóż tu chyba nie było mowy o miłości. O Remusie wolała nie myśleć, ta rana ciągle była zbyt świeża i nie pozwalała o sobie zapomnieć. A Nate…
              – A ty masz kogoś? – zapytała nagle Laura, wyrywając Nimfadorę z jej rozmyślań.
              – Nie, nikogo nie mam – stwierdziła Dora, wzruszając ramionami. – Nie mam czasu na takie bzdury.
              – Chyba sama nie wierzysz w to, co mówisz – zauważyła Laura, a następnie spojrzała na zegarek i westchnęła. – Późno już. Muszę uciekać, idziemy z Derekiem na obiad. Ale jeszcze kiedyś wpadnę!
              – Prędzej zobaczymy się na zebraniu – zauważyła Dora.
              Tonks odprowadziła Laurę do wyjścia, dziękując za wizytę i zapewniając, że będzie odpisywać na wszystkie listy.
              – Prawie zapomniałam! – zawołała Laura, odwracając się jeszcze do Nimfadory. – Słyszałaś o Syriuszu?
              – Co z nim? – spytała nagle ożywiona Tonks. Była u Blacka całkiem niedawno, a jego stan wydawał się być niezmienny. Jednak teraz w jej głowie zaczęły przeplatać się wszystkie możliwe sytuacje, które mogły mieć miejsce. Może się wybudził, a może wręcz odwrotnie, lekarze nie dali mu żadnych szans na powrót do zdrowia… Dora wpatrywała się wyczekująco w kuzynkę, która najwidoczniej była nieświadoma tego, co właśnie wyprawiało się w jej głowie.
              – Przenoszą go – stwierdziła starsza Tonksówna. – Moody stwierdził, że jego pobyt w Mungu jest niebezpieczny, a ciągłe pilnowanie go nie działa na korzyść Zakonu. Dlatego przenoszą go w jakieś bezpieczne miejsce.
              – Gdzie?
              – Tego nikt nie wie. – Laura wzruszyła ramionami. – Tylko Szalonooki i kilka innych osób o tym wiedzą. Ale jeżeli czegoś się dowiem, to od razu dam ci znać.
***
              Powrót do lasu okazał się być o wiele trudniejszy niż Remus mógł sobie wyobrażać. Nie spodziewał się, że przywitają go tutaj z szeroko otartymi ramionami, ale nie przypuszczał, że dopadną go tak szybko i skończy się to dla niego tak boleśnie. Miał nikłą nadzieję, że dadzą mu dzień, może dwa i dopiero wtedy złożą mu tą nieprzyjemną wizytę. Powinien się domyślić, że przyjdzie mu się zmierzyć z Greybackiem i jego ludźmi w momencie, gdy przekroczy granice lasu. Ta noc, ten cały teatrzyk, który mu zafundowali mógł się równać z przemianą. To wszystko było równie bolesne, a najgorsza w tym wszystkim była świadomość. Świadomość tego co się działo, świadomość bólu, obecności Meg i słów, które wypowiedział oraz tego, że tak właśnie musiało być. Przeraziło go to, ile prawdy kryło się w wypowiedzianych przez niego słowach…   
              Nie sądził również, że jego powrót okaże się dla kogoś tak ważny, a tymczasem on i Meg… Właśnie, on i Meg. Coś się między nimi zrodziło. Lupin był świadom uczuć Maggie, wiedział, że nie jest jej obojętny. Ona też była mu bliska, ale… Wtedy, gdy widział jak Greyback wciąga ją w głąb jaskini, poczuł, że jest mu jeszcze bliższa. Z resztą może była mu pisana, może to ona była jego drugą połówką i być może to z nią miał spędzić resztę życia, mieszkając w małej drewnianej chacie i opiekując się starym Moonem.
              Czuł się o dziwo dobrze. Na tyle dobrze, jak może czuć się człowiek, po całej nocy tortur, rozkoszy i długiej wędrówce. Jego stan psychiczny był tak beznadziejny, że nie był w stanie nawet zwrócić uwagi na Andrew, który przyglądał mu się wnikliwie. Zmęczenie brało górę, dlatego ledwo trzymał się na nogach, podpierając się o małą szafkę i prowizoryczne kule. Nie był nawet w stanie rozmawiać z Moonem, przytakiwał jedynie albo odpowiadał półzdaniami. Ale mimo wszystko jego samopoczucie było względnie dobre.
              To samo można było powiedzieć również o Moonie. Najwidoczniej aktualna pora roku pozytywnie wpływała na stan staruszka, bo nie wyglądał już na poważnie chorego, a po prostu człowiek w poczciwym wieku, który jeszcze był na fleku. Co do jego reakcji na powrót Remusa to trudno było ją określić. Wilkołak wydawał się być usatysfakcjonowany obecnością Lupina, ale nie okazał żadnego zaskoczenia, jakby spodziewał się, że go zobaczy.
              – Coś długo wracałeś z tego Londynu – stwierdził na przywitanie.
              – Drobne komplikacje po drodze – odpowiedział Remus, odkładając na bok kule.
              – Nie dręcz go Andrew, mieliśmy ciężką noc – przerwała im natychmiast Meg.
              – Domyślam się – odrzekł Moon, przyglądając im się uważnie. – Czuć odór tych szczeniaków na kilometr, was też czuć…
              – Dopadli nas tuż przy granicy lasu – sprostował Remus, pomijając aluzję do niego i Maggie. – Trochę się na mnie wyżyli. Meg też oberwała…
              – Meg?
              – Greyback próbował ją skrzywdzić – wyjaśnił Lupin.
              – Nic mi nie jest – odezwała się natychmiast Owen, chwytając Remusa za dłoń i ściskając ją delikatnie. – Próbował mnie tylko nastraszyć.
              – On jest nieprzewidywalny – zauważył Lupin.
              – Najlepiej będzie, jeżeli będziesz unikał Fenrira, Remusie – skwitował Andrew, spoglądając swoimi bystrymi, starczymi oczami to na Lupina, to na Owen.
              – Przez najbliższy czas oboje będziemy go unikać, prawda? – poprawiła go Maggie, patrząc na niego znacząco.
              – Prawda.
***
              Po tym jak Laura wyszła, Tonks jeszcze długo siedziała przy stoliku i rozmyślała o tym wszystkim, czego dowiedziała się od kuzynki. Kiedy usłyszała o tym, że Laura wróciła zarówno i do Zakonu, i do Dereka, poczuła zazdrość, a może to był żal do samej siebie. Przecież sama odcięła się od Zakonu Feniksa, jego członków, zebrań i wszystkiego co było z nim związane i to ona sama ciągle rozdrapywała stare rany. Czuła mieszankę ulgi i strachu na myśl o tym, że będzie na kolejnym spotkaniu. Nie wiedziała, czego ma się spodziewać. Zostawiła za sobą taki bałagan, a w dodatku tyle się zmieniło, że sytuacja stawała się dla niej zupełnie nowa. Ale może ten powrót jej pomoże. Jeżeli jednak chodzi o pustkę w sercu, to przypomniała sobie o stosie listów, które schowała w szufladzie biurka. Naszła ją nagła ochota na przeczytanie ich…
              – Gotowa na patrol?
              Tuż naprzeciwko niej pojawiła się Lucy, która obdarzyła ją uroczym uśmiechem. Tonks automatycznie odpowiedziała na ten gest. Za każdym razem, kiedy spotykała Smith, zastanawiała się, czy ona też kiedyś działała tak na ludzi, czy wywoływała u nich odrobinę radości albo chociaż na chwilę odganiała złe myśli.
              – Gotowa – odpowiedziała bez namysłu Tonks. Po raz pierwszy ustanowiła w grafiku, że będzie z kimś patrolować wioskę. Zazwyczaj wolała to robić sama, ale tym razem postanowiła zrobić krok w stronę swoich podwładnych. W końcu nie mogła się odciąć również od nich.
              – Mam nadzieję, że coś się będzie działo, bo zaczynam się odrobinę nudzić – stwierdziła Smith, a potem najzwyczajniej w świecie wyjęła z kieszeni paczkę fajek i zapaliła jedną z nich. Tonks poczuła znajomy zapach tytoniu. Niewiele myśląc sama wyjęła jednego papierosa i odpaliła go. Rozkoszowała się nim przez chwilę. Nie przeszkadzała jej nagła suchość w gardle i duszność, kiedy z satysfakcją wypuszczała siwy dym z ust, a młodsza aurorka przyglądała jej się z zainteresowaniem. Nimfadora nawet nie wiedziała, kiedy przestała palić. Natłok problemów najwidoczniej wybił jej to z głowy, ale teraz pomyślała, że może przyjemnie by było wrócić do jednego ze swoich starych nałogów.
              – Co tu tak śmierdzi? – dało się nagle słyszeć rozzłoszczony głos Estery. Zjawiła się obok nich i ze zdziwieniem spoglądała to na jedną, to na druga aurorkę. Kiedy oprzytomniała, natychmiast jedną dłonią zasłoniła usta, a drugą rozgoniła unoszący się dym. – Póki ja pracuję, nikt tutaj nie będzie palił! Myślałam, że rzuciłaś, Tonks!
              – Nie do końca… – wzruszyła ramionami Nimfadora.
              – Natychmiast macie to zgasić albo wyjść! – zawołała pani Rossi, a Lucy schowała szybko papierosy i ciągnąc Dorę za ramię wybiegła z pubu. Biegły główną ulicą przez chwilę, jakby ktoś je gonił, jakby były dwiema nastolatkami, które przyłapano na podglądaniu. Zatrzymały się przy pierwszym skrzyżowaniu, sapały ciężko, oglądając się za siebie. Ta sytuacja wydała się Tonks tak groteskowa, że zrobiła coś, czego nie miała w zwyczaju od bardzo dawna. Roześmiała się. Ale to nie było wymuszone, a całkowicie szczere. Lucille zawtórowała jej z jeszcze większą radością i złapała się za brzuch.
              – To było komiczne – zauważyła Smith, łapiąc głęboki oddech. – Widziałaś jej minę?
              Tonks już miała odpowiedzieć, kiedy nagle spostrzegła, że ktoś jej się przygląda i nie chodziło jej o Lucy. Nieopodal Sowiej Poczty stał Nate, który uśmiechnął się i pomachał przyjaźnie do niej. Nimfadorze od razu przestało być wesoło. Jeszcze chwilę wcześniej, siedząc w pubie, wspominała Moore’a i chciała przeczytać listy od niego, a teraz on pojawia się obok. Takie zbiegi okoliczności zdecydowanie jej nie odpowiadały.
              – Kto to taki? – spytała Lucille, przyglądając się Moore’owi zza ramienia Dory. – Facet idealny…
              – Taa… – przytaknęła Tonks i bez entuzjazmu odmachała Nate’owi. – Chodźmy stąd, póki co mam dość facetów.
              Nimfadora obróciła się na pięcie i ruszyła przed siebie, a Lucy pobiegła za nią. Nie miała ochoty na uzewnętrznianie się. Teraz marzyła tylko o tym, żeby odbębnić ten patrol, wrócić do pokoju i spalić wszystkie listy od Moore’a.
              – To twój były? – spytała Lucy, drepcząc za Dorą.
              – Nie – odpowiedziała Tonks. – Nie do końca.
              – Jak może być byłym nie do końca?
              – Słuchaj, młoda! – zawołała Tonks, zatrzymując się i odwracając w kierunku Smith. – Są sprawy, o które nie powinnaś pytać obcych ludzi, jasne?
              Lucille spojrzała na nią zdziwiona i otworzyła usta, chcąc coś powiedzieć. Jednak Tonks nie dopuściła do tego, bo nie zwracając uwagi na towarzyszkę, szybkim krokiem odeszła. Nie zaszła jednak daleko.
              – Słuchaj, Nimfadoro! – krzyknęła za nią Lucy, a Dora na dźwięk znienawidzonego imienia zatrzymała się. Lucille podeszła do niej, a determinacja wypisana na jej twarzy kontrastowała z całą jej drobną i uroczą postacią. – Pamiętam cię. Już od kiedy byłam w Hogwarcie, ktoś zawsze nas do siebie porównywał. Mówili, że jesteśmy do siebie niesamowicie podobne, że odnalazłybyśmy wspólny język, że jest w nas coś takiego, że nie da się nas nie lubić. I wiesz co? To był dla mnie olbrzymi komplement, bo wydawałaś mi się niezwykła. Niesamowita Tonks, która potrafi udowodnić wszystkim na ile ją stać! To naprawdę imponowało. Tyle się o tobie nasłuchałam, że nie mogłam się doczekać, aż poznamy się naprawdę. Byłaś dla mnie żywą legendą. Ale musze przyznać, że trochę się rozczarowałam… Wcale mnie nie przypominasz! Użalasz się nad sobą i snujesz po tej wiosce, błagając o pomoc. Ale ja nie będę tworzyła dla ciebie grupy wsparcia, mogę ci co najwyżej zafundować porządnego kopniaka w tyłek, żebyś w końcu oprzytomniała. Bądź Tonks, rozumiesz? Bądź tą osobą, którą zawsze chciałaś być! Bo powiem ci z mojego własnego doświadczenia, że jeżeli chcesz być szczęśliwa, to trzeba łamać wszelkie granice i brać to, co nam się należy, rozumiesz?
              Nimfadora wpatrywała się w szoku w swoją podwładną. Nie wiedziała, co odpowiedzieć na taki wybuch. Przez dłuższą chwilę przetwarzała wypowiedziane przez Lucy słowa. Nikt nie przemówił do niej takim tonem, od kiedy… od kiedy Szalonooki nie odwiedził jej w domu. Dopiero teraz pojęła, co naprawdę powinna zrobić.
              – Wiesz co, Lucy – zaczęła, przełykając głośno ślinę. – Wpadnij do mnie kiedyś na kawę albo coś mocniejszego.
***
              Od razu po patrolu Tonks udała się do Munga. Informacja o przenosinach Syriusza była dla niej szokiem. Nie do końca potrafiła zrozumieć powód tej decyzji, ale wiedziała jedno. Już nie będzie mogła dłużej odwiedzać Blacka, bo po prostu nie będzie wiedziała, gdzie on jest. Przenosiny miały nastąpić wkrótce, a to oznaczało, że Łapa może zniknąć w każdym momencie, dlatego decyzja o wizycie była tak nagła. Idąc szpitalnym korytarzem, w którym panował półmrok, zastanawiała się, co powie Syriuszowi. Właściwie nic nowego się nie wydarzyło od ostatniej wizyty. Może po prostu powie jestem tu z nadzieją, że Black ją usłyszy. Jej rozmyślania przerwał charakterystyczny, znajomy dźwięk drewna stukającego o posadzkę. Tonks podniosła wzrok. Ku niej zmierzał nie kto inny, jak Szalonooki, który zmierzył ją niechętnym spojrzeniem, sprawiając, że wryło ją w ziemię.
              – Moody… – wyjąkała jedynie, nie potrafiąc nic więcej powiedzieć.
              – Blacka już tam nie ma – powiedział swoim szorstkim, nieprzyjemnym głosem i minął Nimfadorę, odwracając od niej wzrok.

              – Moody, ja przepraszam! – zawołała za nim w akcie desperacji, jednak nie potrafiła się odwrócić i spojrzeć mu w twarz. Jedynie nagła cisza, która wypełniła korytarz, dała jej do zrozumienia, że Alastor zatrzymał się. – Przepraszam cię, nawaliłam… Znowu. Ja zawsze nawalam. Zraniłam cię, ty mi zaufałeś, a ja cię skrzywdziłam. Masz prawo mnie nienawidzić, ale… – Tonks przełknęła głośno ślinę. Miała świadomość tego, że dotyka niebezpiecznego tematu i może powinna odpuścić, ale widok jej dawnego mentora, słowa, które tego dnia usłyszała od Lucille, wszystko, co dookoła niej się działo zmusiło ją do podjęcia jakiś decyzji. Nawet jeżeli to wiązało się z wyjawieniem prawdy. – Jestem taka sama jak ty, Moody. Ja też wszystko straciłam…


Chyba czas trochę przyśpieszyć, prawda? A co to oznacza? Wróci Zakon, wrócą śmierciożercy, wrócą wilkołaki, wrócą romanse, kłótnie, przyjaźnie, wróci przeszłość, ale to nie wszystko... Czeka nas również przyszłość, kilka nowych wątków i to dość ciekawych. A bohaterowie, jak to u mnie, nie będą mieli łatwo. Co wy na to? Czego oczekujecie? Jakie wątki mają się pojawić? Zgodnie z Waszymi prośbami będzie Remus i Meg, Tonks odrobinę się ogarnie, wrócimy do ciąży Nimfadory i nie tylko. Księga życzeń otwarta, więc piszcie w komentarzach swoje propozycje, prośby, zażalenia, cokolwiek. Pod względem Tonks póki co mam wenę, więc będzie się tu w najbliższym czasie trochę działo :)