11.17.2013

8) Warta

                Kiepski nastrój nie opuścił ją mimo długich godzin snu. Nimfadora wstała, czując się beznadziejnie. Spała niespokojnie, całą noc śnił jej się Bill i ta Fleur. Widziała ich w sytuacjach, w których nie chciałaby nigdy zobaczyć kogokolwiek poza nią i Weasleyem. Ten koszmar całe szczęście zakończył się w odpowiednim momencie i Dora obudziła się, otwierając szeroko oczy. Chwile się uspokajała, uświadamiając sobie, że to był tylko sen. Złość z wczorajszego dnia nie uleciała w powietrzu, ciągle się gdzieś gnieździła. Tonks najchętniej zostałby cały dzień w łóżku, wyżywając się na poduszce i dając upust złości, ale była na tyle odpowiedzialna by z niechęcią zwlec się z łóżka. Nikt za mnie do pracy nie pójdzie… - pomyślała niezadowolona, zastanawiając się przez chwile czy może nie opłacałoby się rzucić pracy. Kiedy odbębniła już wszystkie poranne czynności, nadal w marnym nastroju zeszła na śniadanie. Weszła do kuchni bez słowa i zaczęła robić sobie śniadanie, nie zwracając żadnej uwagi na siedzących przy stole rodziców, którzy spoglądali na nią zdziwieni.  
- Doro, coś się stało? – spytał po chwili ojciec. Ted zawsze martwił się o swoją córkę, była jego oczkiem w głowie i nie pozwoliłby żeby coś jej się stało. Nie znosił patrzeć gdy Nimfadorę coś trapiło, ale w przeciwieństwie do żony, jego troska była bardzo zamaskowana.
- Niby co się miało stać? – warknęła, chwytając za nóż i zaczynając kroić pomidora, nie odwracając się nawet na sekundę w stronę rodziców.
- Wydaje mi się, że coś poważnego, bo nie zbiłaś dziś wazonu. – zażartował Ted, myśląc, że to jakoś podziała na córkę, ale się mylił. Powiedział więc spokojnie: - Powiedz o co chodzi.
- O nic nie chodzi! – zawołała, a potem krzyknęła, gdy ostrze noża zamiast przeciąć pomidora, przeciął jej palec. Odrzuciła nóż do zlewu, zaciskając dłoń i klnąc pod nosem. Andromeda podbiegła do córki, w chwili gdy zauważyła krew sączącą się z ręki córki i ręcznikiem próbowała zatamować krwawienie.
- Ty niezdaro… - mruknęła, zaczesując kosmyk czarnych jak smoła włosów za ucho Dory. Można było zauważyć wyraźną zmianę w podejściu do córki od czasu kłótni w Kwaterze Głównej. Andromeda starała się nie być już taka surowa, przymykała oko na widok tego co jej córka wyprawia. Jedyne czego nie miała zamiaru zmieniać, to fakt, że nadal będzie zwracać się do niej po imieniu. Obmyła palec Dory i poleciła. – Przyklej plaster, a ja zrobię ci śniadanie. – Tonks posłuchała matki. Machnęła różdżką, przywołując plaster, który przykleiła tak by zakrywał całą ranę i usiadła naprzeciw ojca przy stole. Jej matka, spojrzała na nią przez ramię i spytała: - Pokłóciłaś się z Billem?
- Nie, skąd ten pomysł? – zaprzeczyła Dora, co było zgodne z prawdą, bo nawet nie zdążyli się ze sobą pokłócić.
- Tak sobie pomyślałam, bo po twoim powrocie przyszedł i chciał się z tobą widzieć. Powiedziałam mu, że nie czujesz się najlepiej i prosiłaś, żeby nikogo nie wpuszczać. Prosił, żebyś jak najszybciej się do niego odezwała. – wyjaśniła, obserwując reakcję córki. Nimfadora siedziała niewzruszona, chociaż w jej głowie pojawiło się mnóstwo myśli i różne scenariusze tego co mogło się wydarzyć, gdyby Bill jednak do niej przyszedł. Dobrze zrobiła, że nie wpuściła go do środka. – pomyślała Dora. – Nie wiadomo co chciał zrobić, a ja mogłam dziwnie zareagować. Andromeda dała córce chwilę na zastanowienie się, zanim znowu się odezwała. – Zaraz po nim pojawiły się Sara i Amelia. Pytały jak się czujesz, ale powiedziałam im to samo co Billowi. Powiedziały, że o trzynastej będą dzisiaj w Dziurawym Kotle i mogłabyś się z nimi spotkać.
- Dobrze, spotkam się z nimi. – stwierdziła obojętnie Tonks, chociaż nie chciała się z nimi spotykać. Już słyszała głos Sary, mówiący: A nie mówiłam? Zostawił cię! Ostatnie czego chciała to przyznać jej rację i dać tą niezrozumiałą satysfakcję. Przecież Bill jeszcze jej nie zostawił i tak naprawdę nie wiadomo czy to w ogóle zrobi. Podziękowała, gdy Dromeda podała jej śniadanie i zaczęła pochłaniać je łapczywie, spoglądając na zegarek.
- To co ci w końcu dolega? – zapytał Ted.
- Stres przedmiesiączkowy, tatusiu. Ja lecę, bo się spóźnię. – stwierdziła i pozostawiając rodziców z wieloma pytaniami, weszła do kominka i chwytając garść zielonego proszku, krzyknęła Ministerstwo Magii, by zniknąć wśród płomieni.
                Chwilę później wylądowała w kominku, wykonanym z czarnego marmury. Wyszła z niego, otrzepując się z kurzu, który osiadł na jej szacie aurora. Nie znosiła swojego pracowniczego mundurku. Zmuszana była do noszenia białej koszuli z długim rękawem, która każdego dnia musiała być nienagannie wyprasowana, bordowej kamizelki, czarnych spodni i czarnej szaty. Niby już przywykła do noszenia tych ubrań, ale gdyby tylko była taka możliwość to z chęcią by je zmieniła. Tupnęła by pył opadł z jej czarnych glanów i ruszyła pędem przez zatłoczone atrium w kierunku wind. W ostatniej chwili wpadła do przetłoczonej windy, ściskając się między jakąś czarownicą, a grubym, spoconym facetem. Całe szczęście nie musiała jechać daleko, bo po chwili usłyszała oschły, kobiecy głos, który oznajmił:
Poziom II: Departament Przestrzegania Prawa Czarodziejów z Urzędem Niewłaściwego Użycia Czarów, Kwaterą Główną Aurorów i Służbami Administracyjnymi Wizengamotu
                Wyszła z przetłoczonej windy i udała się korytarzem prosto w stronę swojego boksu. Mijając inne pomieszczenia innych aurorów, witając się z pojedynczymi osobami.
- Cześć, Carl! – zawołała w swoim zwyczaju, gdy już dotarła do celi.
- Hej, Tonks! – odpowiedział jej Tomson i spojrzał na nią uważnie. – Wszystko gra? Wiesz, wczoraj…
- Jeżeli chcesz przeżyć do przerwy obiadowej, nie pytaj mnie o to! – ostrzegła go, siadając za swoim biurkiem, na którym panował okropny bałagan i zabrała się za papierkową robotę, którą ostatnio zostawiła. Charles wziął do serca słowa Tonks i słowem nie pisnął, aż do momentu gdy Dora zaczęła układać papiery i próbując ogarnąć pobojowisko w jej części boksu.
- Wychodzisz? – spytał, odrywając się od swojej pracy.
- Tak, do Dziurawego Kotła. Mam spotkać się z Sarą i Amelią. – oznajmiła, wychodząc. Była przekonana, że po jej wczorajszym występie, wszyscy w Zakonie plotkują o niej. Ale to nie moja wina, że ta zołza mnie tak wkurza! – myślała idąc chodnikiem. Zmierzała szybkim krokiem w stronę małego baru, który nie wyglądał zbyt zachęcająco. Dziurawy Kocioł to było bardzo popularne miejsce, ale było w nim strasznie ciemno i brudno. Tonks przekraczając wejściowy próg, usłyszała natychmiast wołanie:
- Tonks, tutaj! – Sara stała, machając do niej rękoma i pokazując, że ma do nich podejść. Obok niej siedziała Amelia, uśmiechając się do Dory i nie okazując emocji tak jak jej towarzyszka. Nimfadora przywołała uśmiech na twarz, postanowiła udawać, że wydarzenia z wczoraj nigdy nie miały miejsca.
- Cześć! Czemu chciałyście się spotkać? – spytała jak gdyby nigdy nic, siadając na wolnym krześle.
- Ty się jeszcze pytasz czemu? – zawołała oburzona Sara, spoglądając na przyjaciółkę groźnie. – Ja ci mówiłam! Ostrzegałam cię! A ty nic, bo po co mnie w ogóle słuchać?
- Saro, przynieś nam piwo kremowe. Twoje wrzaski na nic się nie zdadzą… - stwierdziła opanowanym tonem Amelia, a Lucky wstała i lawirując między stolikami, podeszła do lady. – Jak się czujesz? Wczoraj wyglądałaś jakoś niemrawo…
- Tak, źle się wczoraj czułam, ale nie martw się. Dzisiaj jest już lepiej. – zapewniła ją Dora i jakby na potwierdzenie swoich słów, uśmiechnęła się szeroko. – Nie potrzebnie do mnie przyszłyście. To było miłe, ale niekonieczne… Powiedz mi, o co chodzi Sarze?
- Wiesz, Sara uważa, że to wszystko przez Billa. – przyznała panna Robinns.
- Tak właśnie uważam. – stwierdziła Sara, która pojawiła się nagle nad nimi, trzymając trzy kufle wypełnione piwem. – I wiem, że mam rację. Przecież nie zachowywałabyś się tak gdyby nie to jego pojawienie i tej cud miód blondyny. – powiedziała, a Tonks wściekła się na samą wzmiankę o Fleur. Wzięła kilka szybkich oddechów, żeby się uspokoić.
- Jakie nagłe? Bill i ja spotykamy się już od prawie miesiąca. – powiedziała spokojnie, zaskakując samą siebie i upiła łyk piwa. – A ta, jak ty ją nazwałaś cud miód blondyna to tylko praktykantka z Gringotta. Bill był dla niej miły i tyle. Opiekuje się nią, bo jest nowa i zza granicy.
- Jesteś pewna, Tonks? – zapytała troskliwie Amelia. Dora chętnie by zaprzeczyła, ale uśmiechnęła się szerzej i odpowiedziała stanowczo:
- Tak, jestem.
- Ja ci nie wierzę. – stwierdziła Sara, a Tonks w tym momencie z chęcią by ją udusiła. – Nigdy nie potrafiłaś ukryć emocji. Widziałam twoje włosy, kiedy ta Delacour przymilała się do Billa. Kogo jak kogo, ale ciebie to musiało wkurzyć. Przyznaj się, Tonks. Jesteś ZAZDROSNA i naprawdę nie potrafisz tego ukryć!
- Dajcie spokój! – warknęła wściekła Dora. Nie mogła już wytrzymać, a jej maska spokojnej, opanowanej i mającej wszystko pod kontrolą zniknęła.
- A nie mówiła?! Miałam rację, nasza Tonks jest zazdrosna! – zawołała Sara.- Mówiłam ci odpuść go sobie, a ty niee… on mnie kocha. Wiedziałam, że to tak będzie.
- Zamknij się, Lucky, bo twoja buźka nie będzie już taka ładna! – krzyknęła Nimfadora. – Nawet nie wiesz jak było naprawdę.
- Masz rację, nie wiem… Bo jakoś przestałaś nas o czymkolwiek informować. – oznajmiła zła Sara.
- Gdybyś po prostu spytała, to już dawno wiedziałabyś wszystko. Proszę, nie zwalaj całej winy na mnie! – powiedziała Nimfadora, krzyżując ręce na piersi. Sara już miała coś powiedzieć, ale Amelia uprzedziła ją:
- Nie kłóćcie się w miejscu publicznym. Wszyscy się na nas gapią… - Sara i Tonks spojrzały na siebie i zacisnęły mocno usta. – Tonks, może powiesz nam jak było naprawdę?
- Skoro prosisz. – odezwała się Dora, spoglądając znacząco na Lucky, która prychnęła pod nosem. – Pamiętasz Saro, kiedy jadłyśmy tutaj obiad, a ja śpieszyłam się do Moody’ego? – Sara kiwnęła głową, a Tonks zastanowiła się jak ma teraz dobrać słowa. – Zaproponował mi spotkanie, miałam pójść tam… i właśnie wtedy spotkałam Billa. Wrócił wcześniej z Egiptu na prośbę dyrektora… Teraz pracuje na Pokątnej i mieli mu przysłać jakiegoś praktykanta. Miała być to osoba godna zaufania i Bill miał ją przyprowadzić tam… Ale ani on, ani ja nie wiedzieliśmy, że to ona, nie wiedzieliśmy też, że będzie się do niego przystawiać. – wyjaśniła Tonks i spojrzała na swoje glany. – Nie odstępowała go na krok. Miała taki tupet, że nie przestała nawet wtedy, kiedy dowiedziała się, że jesteśmy razem. Szczerzyła się do niego co chwilę, przypadkowo ocierała się o niego i ten uroczy akcencik, od którego robi się niedobrze. Nawet Moody się do niej uśmiechnął… Rozumiecie? Moody się uśmiechnął, a do kogo? Do panny Fleur, bo przecież nie do zwykłej, głupiej Tonks! Przez tą Fleur wszyscy z Billem na czele zapomnieli o moim istnieniu…
- Nie zapomniał, na pewno. – zapewniła ją Amelia. – Daj mu trochę czasu. Może ta Fleur jakoś na niego podziałała, ale na pewno woli ciebie.
- Jak może wybrać mnie? Taka bezkształtną, zwyczajną i bezradną Tonks, skoro może mieć niezwykłą, kobiecą, długonogą Fleur? Przecież nie mam z nią szans… - jęknęła smutno Dora.
- Jeżeli tak bardzo cię to boli, to spraw sobie takie kształty i długie nogi. – stwierdziła beznamiętnie Sara. – Przecież potrafisz.
- Bill powinien kochać Tonks taką, jaką jest! – stwierdziła stanowczo Amelia, ale Tonks w głębi duszy wiedziała co zrobi. Dziewczyny wypiły po jeszcze jednym piwie kremowym, a potem każda wróciła do swoich obowiązków.
***
Kolejny dzień przyniósł ze sobą lepszy humor dla Tonks. Złe sny z jej partnerem i inną nie nawiedzały jej w nocy, dzięki czemu chociaż trochę odpoczęła i była w stanie trwale zamaskować ranę po wczorajszym śniadaniu. W takich sytuacjach dziękowała za zdolności metamorfomagiczne. Nie było tajemnicą, że Nimfadora była niezdarna. Stało się to jej wizytówką. Gdyby nie jej specyficzne uzdolnienia całe ciało byłoby jedną wielką blizną.
Nimfadora od samego rana siedziała w swoim boksie i rozmyślała o tym co się będzie działo podczas jej warty pod Departamentem Tajemnic. Wiedziała, że będzie czekała ją jeszcze papierkowa robota, żeby następnego dnia oddać raport. Nie mogła się skupić na niczym innym. Całe szczęście ostatnio ona i Charles oddali sprawozdanie z ich ostatniej sprawy i nie mieli teraz dużo roboty. Dlatego też Tonks siedziała jak na szpilkach, aż w końcu wybiła godzina czternasta i do ich boksu wparowała Hestia Jones, trzymając jakieś zawiniątko w ręku.
- Cześć, jeszcze jesteś. To dobrze… - zwróciła się do Tonks, oddychając ciężko jakby dopiero co biegła.
- Właśnie miałam wychodzić. Coś się stało? – spytała Dora, udając zdziwioną. Tak naprawdę nigdzie nie wychodziła, tylko czekała niecierpliwie na Jones. Musiały jednak odegrać tą przekonującą scenkę, żeby nikt z Ministerstwa nie zaczął wkoło nich węszyć.
- Dostałam paczę dla ciebie. Ktoś ją źle zaadresował. Proszę. – wyjaśniła podając Tonks zawiniątko, w którym była peleryna niewidka Moody’ego. – To ja lecę, bo spóźnię się na swoją zmianę. Chociaż i tak dzisiaj jest wyjątkowo spokojnie. – powiedziała Hestia, wyraźnie akcentując ostatnie słowo i tym samym dając Tonks do zrozumienia, że na jej warcie nic niezwykłego się nie działo. Tonks trzymając zawiniątko, ruszyła w stronę wind, które o tej porze były puste. Delikatnie rozpakowała paczuszkę i narzuciła na siebie pelerynę. W opustoszałej windzie była sama, niewidzialna dla nikogo, przepełnione cudownym uczuciem adrenaliny już na samą myśl o czekającym ją zadaniu.
Poziom IX: Departament Tajemnic
                Na dźwięk nieznośnego, damskiego głosu Tonks opuściła windę. Skulona pod peleryną, bojąc się, że ktoś mógłby zauważyć skraj jej szaty albo buty, ruszyła wzdłuż opustoszałego korytarza. STAŁA CZUJNOŚĆ! – jak mawiał Moody. Z różdżką w ręku wybrała odpowiednie miejsce na obserwację. Miała spędzić tutaj kolejne trzy godziny. Przez pierwszą połowę swojej warty nic się nie działo i Nimfadora zaczynała się już powili nudzić. Co prawda w ciągu prawie dwóch godzin przewinęło się kilku Niewymownych, ale nie wzbudzali większego zainteresowania niż na co dzień. Zachowywali się jak przystało na ludzi w ich zawodzie – poważni, milczący, czujni. Wymieniali między sobą tylko porozumiewawcze spojrzenia, jakby rozumieli się bez słów. Jednak około godziny siedemnastej pojawił się Broderyk Bode, jeden z Niewymownych. Bode podszedł do drzwi Departamentu, ale w tym samym momencie pojawił się Croaker, który zmierzył go podejrzliwym spojrzeniem. Spłoszony Bode natychmiast opuścił przedsionek Departamentu, a Croaker sprawdził czy wszystko jest w porządku. Tonks spojrzała na swój zegarek, który wskazywał za dziesięć piątą – koniec jej warty. Mruknęła cicho w stronę lusterka Sturgis Podmore, korzystając z okazji, że nie ma nikogo na korytarzu. Na tarczy jej zegarka pojawiła się kwadratowa twarz jednego z członków Zakonu, który szepnął tylko Wejście dla interesantów. Tonks doskonale zrozumiała o co chodzi. Żwawo ruszyła w stronę wind, a następnie na powierzchnię ziemi. Kiedy wyszła już z czerwonej budki telefonicznej, przewróciła się o krawężnik i upadła. Nawet w czasie misji moja niezdarność mi przeszkadza… - przeklęła się w myślach.
- Nic się pani nie stało? – To był Sturgis. Podbiegł do mnie i szepnął: - Jak?
- Nie, nic mi nie jest… Jestem straszną niezdarą. – zapewniła go uśmiechając się i dodała cicho: - Uważaj na Boda.
- Pozwoli pani, że pomogę pani wstać. – powiedział grzecznie i podał jej dłoń. Tonks dziękując mu, chwyciła go za rękę, wciskając mu do ręki pelerynę. – To ja już pójdę. – powiedział i zniknął w budce. Tonks uśmiechnęła się na myśl, że właśnie po raz pierwszy zrobiła coś dla Zakonu Feniksa.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz