10.09.2013

1) Ostatnie lata w Hogwarcie

                Szkoła Magii i Czarodziejstwa Hogwart. Majestatyczny zamek osadzony między lazurowym jeziorem, od którego tafli odbijały się promienie popołudniowego słońca, a ciemnym, mrocznym lasem, którego widok i najróżniejsze domysły na temat znajdujących się w nim nieznanych stworzeń budziły strach w sercach najodważniejszych uczniów. Pokryte zieloną trawą błonia rozpościerały się dookoła wielkiej budowli, która ciepłym latem dawała upragniony cień, jednak tegoroczna jesień rozpieszczała młodzież, która dopiero co wróciła do swojej ukochanej szkoły. Tam gdzie promienie jesiennego słońca przedzierały się przez niebiańskie obłoki i padały na zieleń trawy, wygrzewali się uczniowie, ciesząc się ostatnimi ciepłymi dniami. Dookoła słychać było śmiech rozweselonej młodzieży, tylko jedna drobna dziewczyna nie miała powodu do radości. Szła szybkim tempem, zaciskając swoje niewielkie dłonie w pięści, a lekki wietrzyk rozwiewał jej czarne jak smoła włosy. Wyraz jej twarzy nie był pod żadnym względem przyjazny. Kierowała się w stronę wysokiego dębu, pod którym na pstrokatym, wełnianym kocu siedziały trzy, śmiejące się głośno osoby. Amelia Robbins - wysoka, zgrabna blondyneczka, która leżała z podkulonymi nogami i bawiła się swoją różdżką. Amelia była bardzo urodziwą dziewczyną o wesołych, brązowych oczach, lśniących zawsze tym przyjaznym blaskiem, którego widok pocieszyłby każdego. Oparta o jej nogi Sara Lucky, średniego wzrostu brunetka o kobiecych kształtach, zawsze uśmiechniętej twarzy i zielonych, jak trawa hogwarckich błoni, oczach. A całe to niezwykłe trio dopełniał wysoki, rudowłosy chłopak o błękitnych oczach i piegowatej twarzy – Charlie Weasley. Nimfadora Tonks przytupnęła i usiadła koło chłopaka na kocu, mrucząc pod nosem niewyraźne przywitanie. Cała trójka wymieniła miedzy sobą rozbawione spojrzenia i spróbowała ukryć mimowolne uśmiechy. Czarnowłosa dopiero co wyrwała się ze szponów swojego nauczyciela od eliksirów, który na poprzednich zajęciach wlepił jej niezasłużony szlaban.
- Aż tak źle było? – zapytała Amelia, która jako pierwsza zdążyła się opanować i uśmiechnęła się zachęcająco do przyjaciółki.
- Źle? – prychnęła Nimfadora, kipiąc ze złości i rzuciła gdzieś w nie wiadomo jakim kierunku znalezionym kamieniem. – Ty chyba sobie żartujesz?! Było koszmarnie! On dał mi szlaban… dał mi szlaban za nic! Oh, bo stłukły się jego biedne słoiczki! Biedny nietoperz… – warknęła rozwścieczona i tupnęła niezdarnie nogą. – Nie moja wina, że są takie śliskie. Każdemu… Powtarzam: KAŻDEMU mogło się to zdarzyć! A on kazał mi jeszcze układać to wszystko alfabetycznie! – skarżyła się na głos, gestykulując zamaszyście rękoma, a wraz z każdym wyrzuconym z siebie słowem jej kruczoczarne włosy zmieniały kolor na jaskrawo czerwony.
- Dobrze, dobrze. Uspokój się już, Tonks! – zaśmiała się Sara, łapiąc ją za nadgarstek. – Wierzymy ci na słowo, ale… trochę poczerwieniałaś – dodała, wskazując na włosy dziewczyny.
- Dzięki – odezwała się dziewczyna nazwana Tonks, która już widocznie mniej się złościła i przygładziła swoje naelektryzowane włosy. – To są minusy metamorfomagii, nie umiem ukrywać emocji.
- Metamorfomagia nie ma z tym nic wspólnego – stwierdził Charlie, szczerząc się głupio do Tonks, a dziewczyny zawtórowały mu śmiechem. Tonks pokazała mu język i wywróciła oczami, po czym położyła dłonie na biodrach i spytała z chytrym uśmieszkiem:
- No to na jaki kolor macie ochotę?
- Turkusowy – Na dźwięk nieznanego głosu podskoczyła przestraszona. Obróciła się natychmiast i ujrzała najprzystojniejszego chłopaka, jakiego kiedykolwiek widziała. Mimo, że był bardzo podobny do jej przyjaciela, który siedział właśnie za nią, był o wiele bardziej atrakcyjny niż Charlie. Miał długie, rude włosy związane w niedbałą kitkę, a kosmyki, których nie udało mu się okiełznać, nachodziły na pociągłą twarz z widocznie zarysowaną szczęką i licznymi brązowymi cętkami. Chłopak spoglądał na nią niebieskimi oczami, które iskrzyły się wesoło, z uwodzicielskim uśmiechem. Ubrany był w biały T-shirt, rozpiętą koszulę w kratę, ciemne jeansy i sportowe buty. Tonks od razu zauroczyła się stojącym przed nią wcieleniem Adonisa. – Możesz je spiąć w wysoki kucyk. Będzie ci naprawdę ładnie – powiedział swoim męskim głosem i mrugnął do niej, a ona poczuła jak policzki ją pieką. Żeby ukryć zakłopotanie, zamknęła oczy i po chwili jej włosy zmieniły kolor na turkusowy i wydłużyły się nieco. Spięła je tak, jak doradził jej przystojny chłopak i zaczesała przydługawą grzywkę na bok.
-Bill, nie podrywaj moich przyjaciółek! – jęknął zbolałym głosem Charlie. „To dla tego są tacy podobni” – pomyślała Tonks i uśmiechnęła się mimowolnie. – A ty Tonks! Przestań się w końcu rumienić!
- Daj spokój, Charlie… - zaśmiał się wesoło rudzielec, a Tonks uśmiechnęła się rozmarzona. - Ja jej tylko doradziłem! I do tego miałem rację! Wyglądasz ślicznie. Jestem Bill. – Wyciągnął rękę w jej stronę, a ona nieśmiało odwzajemniła gest. Bill delikatnie musnął ustami wierzch jej dłoni, a następnie znowu zwrócił się do Charliego. – Słuchaj bracie, mama wysłała mi omylnie twoją paczkę. Nie dostałeś przypadkiem mojej?
- Coś tam dostałem, ale nie otwierałem. Możliwe, że twoja… - odpowiedział obojętnie Charlie, nie patrząc na swojego brata.
- To wpadnę po nią później. Na razie! – zawołał niczym niezrażony Bill i już miał odchodzić, ale w ostatniej chwili odwrócił się. – Tonks, może pójdziesz ze mną w sobotę do Hogsmeade?
- Ja? – zapytała nieśmiało zdziwiona Tonks i poczuła jak serce zabiło jej mocniej, tysiące myśli zaświtało w głowie, a im wszystkim przewodziła jedna: – Bardzo chętnie się z tobą spotkam.
- Świetnie! To co? O dziesiątej w Sali Wejściowej – zdecydował i odszedł, zostawiając zarumienioną dziewczynę, swojego brata i ich przyjaciół.
- Tonks, jak mogłaś? To mój brat, a ty… ty się z nim umawiasz! – zawołał z wyrzutem Charlie, piorunując przyjaciółkę złowrogim spojrzeniem, ale do niej to nie docierało. Nadal słyszała w głowie głęboki głos Billa i uśmiechała się jak głupia do jego oddalającej się sylwetki. Weasley wstał i zawołał, machając ręką przed jej oczami: - Halo, Tonks! Mówię do ciebie! Ziemia do Tonks!
- Och, Charlie! Czemu nie mówiłeś, że masz takiego cudownego brata? On jest taki przystojny… taki idealny! A jakie ma oczy… - wołała rozmarzona, tańcząc dookoła przyjaciela i przytulając go co chwilę.
- MAM TAKIE SAME OCZY! – krzyknął rozgoryczony Charlie, który zrobił się cały czerwony na twarzy.
- Naprawdę? Nie zauważyłam – powiedziała wesoło Tonks i zaczęła nucić jakąś piosenkę.
- Czyżby Charlie był zazdrosny o Tonks? – zaśmiewała się z przyjaciela Sara, a Amelia chichotała głośno za jego plecami.
- Czyżby nie! – napuszył się chłopak.
- Charlie kocha Tonks! Charlie kocha Tonks! Charlie kocha Tonks! – śpiewały dwie roześmiane dziewczyny, a chłopak odwrócił się do nich plecami, co wywołało jeszcze większą salwę śmiechu.
- Dziewczyny, dajcie spokój – uciszyła je Tonks. – Charlie mnie nie kocha! No może jak siostrę, ale nic poza tym. I to zupełnie oczywiste, że czuje się nieswojo z tym, że ja i Bill się umówiliśmy.
- Dziękuję, jedyna mnie rozumiesz – westchnął z ulgą Weasley.
- Ale będziesz musiał się do tego przyzwyczaić! – zawołała nagle Tonks i cała trójka zaczęła się śmiać.
                   Popołudnie minęło szybko w przeciwieństwie do kolejnego dnia i następnych. Chyba żaden tydzień nigdy nie wlókł się tak długo. Liczne lekcje, zadania, ćwiczenia – nic z tych rzeczy nie potrafiło zająć jej myśli, bo w jej głowie był tylko Bill. Tonks niejednokrotnie widziała starszego Weasleya na korytarzu podczas przerw i w Wielkiej Sali w trakcie posiłków. Za każdym razem uśmiechał się do niej ujmująco i puszczał oko. Każde takie przelotne spotkanie sprawiało, że jej niecierpliwość rosła. Aż w końcu nastała wytęskniona dla Tonks sobota. Dziewczyna właśnie biegła spóźniona do sali wejściowej, zapinając w pośpiechu sweter. Ubrana była ładnie, tak jak na Tonks przystało, chociaż chyba jeszcze nigdy w życiu nie spędziła tyle czasu przed lustrem. Nie było w jej stroju nic nadzwyczaj dziewczęcego, żadnych sukienek, butów na obcasach, błyszczącej biżuterii – to nie było w jej stylu! Miała na sobie białą bluzkę z logo jej ukochanego zespołu, Fatalne Jędze, czarne szorty, tego samego koloru zakolanówki, glany, których nie zawiązała, a na to wszystko narzuciła szary, wełniany sweter. Włosy spięła tak samo jak tego dnia, kiedy Bill zaprosił ją na wspólne wyjście do wioski. Tonks biegła nie zważając na nic. W oddali dostrzegła rudą czuprynę Billa. Była już tak, blisko, gdy nagle… zahaczyła nogą o nogę i runęła na ziemię z łoskotem, sprawiając, że wszystkie pytające spojrzenia padły na nią.
- Nic ci nie jest? – zapytał z troską Bill, który od razu do niej podbiegł i pomógł jej wstać.
- Nie, często zdarzają mi się takie upadki… Jestem strasznie niezdarna – zapewniła go Tonks, otrzepując się. – To co, idziemy?
- Jasne! – Ruszyli przez błonia i tak jak większość uczniów, minęli bramę wejściową, by dalej spacerować ścieżką do wioski w milczeniu. To było nienaturalne dla Tonks. Zazwyczaj buzia jej się nie zamykała, niewyjaśnione, liczne pokłady energii zawsze znajdowały ujście przez jej rozgadaną naturę. Tonks należała do tego typu ludzi, którzy myśleli na głos i nie przejmowali się tym, czy ktokolwiek to słyszał. Tym razem było jednak inaczej. Przy Billu nagle żadne słowa nie przechodziły jej przez gardło, kompletnie odebrało jej mowę. Chłopak uśmiechnął się przyjemnie do niej i najwidoczniej chcąc przerwać niezręczną cisze zaczął mówić: - Hm… Gdzie by tu cię zabrać… Sklep Zonka? Nie za bardzo… Gospoda pod Świńskim Łbem jest trochę zbyt obskurna jak na takie spotkanie, nie uważasz? Pod Trzema Miotłami będzie tłok, a to nie sprzyja atmosferze – Tonks poczerwieniała na twarzy i zachichotała, co było do niej zupełnie nie podobne. – Kawiarnia Pani Puddifoot jest bardzo przytulna, ale za dużo tam całujących i mlaskających par, a zanim zaczniemy się całować chciałbym cię lepiej poznać. Może masz jakiś pomysł?
- Jest ładna pogoda, może pospacerujemy? A chodząc możemy porozmawiać – powiedziała Tonks. Zaczynała się czuć się coraz swobodniej z każdą minutą ich spotkania. Spacerując obok Billa zastanawiała się nad tym, jak by to było gdyby byli razem. Bill wydawał jej się być idealny, zakochała się w nim od pierwszego wejrzenia i chociaż wydawać to mogło się głupie, chciałaby z nim spędzić każdą wolną chwilę. Móc z nim rozmawiać, przytulać się, całować… - Masz zamiar mnie pocałować?
- Słucham? – spytał zbity z tropu Bill. Tonks puknęła się w głowę i jęknęła rozżalona. „Czemu zawsze muszę palnąć coś głupiego? Teraz mnie wyśmieje i zostawi…” – skarciła się w myślach, ale natychmiast spróbowała się wybronić.
- No, bo… ja… Powiedziałeś, że zanim zaczniemy się całować to chcesz mnie lepiej poznać… No i wiesz… Osobiście uważam to pytanie za stosowne, gdyż muszę się do tego psychicznie przygotować – oznajmiła poważnie, mając nadzieję, że być może to usprawiedliwi jakoś jej głupie pytanie. Ale niestety… Bill zaczął się śmiać. „No tak, ten jeden raz miałam rację. Wyśmiał mnie! – jęknęła w duchu. – Przepraszam, ale jestem strasznie spięta. Merlinie, sama nie wiem czemu! Zazwyczaj jestem naprawdę rozluźniona i można ze mną rozmawiać jak z kimś normalnym, ale… teraz po prostu…
- Nic nie szkodzi. Jesteś naprawdę zabawna! – uśmiechnął się do niej w ten sposób, w jaki tylko on umiał się uśmiechać. – Charlie nigdy nie wspominał za dużo o tobie. Do jakiego domu należysz? Ravenclaw?
- Pudło! Hufflepuff. Jestem na jednym roku z Charliem – wyjaśniła Tonks. – Twój brat trochę się wkurzył jak się zgodziłam z tobą spotkać…
- Charlie zawsze był troszkę… przewrażliwiony – stwierdził starszy Weasley. – Ja wolę podchodzić do wielu spraw z dystansem. Rozumiesz, nie przejmuję się wszystkim dookoła, zaoszczędzam sobie sporo stresu i żyję spokojnie. Co ma być to będzie i tyle.
- Ja też tak uważam! Ale żeby nie było, nie jestem obojętna, nie olewam wszystkiego. Staram się, mam ambicję i chęć dokonania czegoś. Wiesz, rodzice mnie tak wychowali, a w szczególności mama. Ona ma swoje zasady. A poza tym nie chcieli mieć na utrzymaniu lenia pospolitego, zawsze mówili, że będę kimś jak tylko dam z siebie wszystko. A jako jedynaczka nikt mi nie pomagał…
- Dobrze ci tak… Ja mam małe przedszkole w domu – stwierdził Bill z westchnieniem, ale Tonks wyczuła, że nie jest mu z tego powodu jakoś specjalnie ciężko. – Charlie jest do zniesienia. Czasami się kłócimy, ale to tam nic, można się z nim dogadać. Gorzej mam z Percym… Jest na drugim roku. Koszmar nad koszmary! Nie mogę spokojnie kiwnąć palcem, bo rodzicie już wiedzą… Są jeszcze bliźniaki, Fred i George, zdolne dzieciaki, za rok będą w Hogwarcie. Jest jeszcze Ron, no i moja ulubienica Ginny, ma teraz pięć lat. Jest cudowna!
- Masz rację… małe przedszkole! – zgodziła się z nim Tonks. Rozmawiali o swoich rodzinach, marzeniach, planach na przyszłość. Dziewczyna postanowiła się zwierzyć Billowi z jej najnowszego marzenia: - Wiesz co, chcę startować do drużyny quidditcha! Na pozycję ścigającej, to musi być fajne.
- Ja jestem ścigającym. Jest fajnie dopóki nie dostaniesz tłuczkiem – stwierdził z uśmiechem. Szli dalej chwilę w milczeniu. Bill, chociaż nie było po nim tego widać, również czuł się trochę niezręcznie. Tonks bardzo mu się podobała, prawdę powiedziawszy tego pamiętnego dnia, gdy ją zaprosił, paczka od mamy była jedynie pretekstem żeby z nią porozmawiać. Cieszył się z tego spotkania, ale nie chciał, żeby skończyło się to na zwykłym spacerowaniu. Chciał być dla Tonks kimś więcej. Zbliżył się powoli do dziewczyny i chwycił ją za zmarzniętą rękę. Tonks spojrzała na niego z uroczym rumieńcem na twarzy, a on uśmiechnął się mimowolnie na ten widok. Ich palce splotły się ze sobą i szli dalej przed siebie, ale żadne z nich już nie czuło się skrępowane. Kiedy poczuli, że bolą ich nogi, przysiedli na przydrożnej ławeczce i przytulili się do siebie. – Ten spacer to był fenomenalny pomysł, chociaż nie… to ty jesteś fenomenalna. Dobrze mi z tobą… - Tonks wtuliła się w niego, jej również było dobrze. Bill wyprostował się nagle, chwycił delikatnie jej podbródek, żeby też ich twarze prawie się stykały i już miał złożyć na jej ustach pocałunek, kiedy Tonks, pod wpływem niezrozumiałego dla niej samej impulsu, wyplątała się z jego objęć i biegnąc przed siebie, krzyknęła:
- Jeżeli chcesz czegoś więcej to musisz mnie złapać, a idę o zakład, że to ci się nie uda!
- Przyjmuję wyzwanie! – odpowiedział Bill i zerwał się z miejsca, a Nimfadora puściła się pędem przed siebie. Tonks śmiała się wesoło, oglądając się co jakiś czas za siebie, żeby zobaczyć czy Bill przypadkiem nie jest za blisko. To mu się podobało, ona mu się podobała! Tonks wbiegła na ulicę Główną, była już strasznie zmęczona, a Bill dreptał jej po piętach. Odwróciła się do niego, chcąc mu pokazać język, ale potknęła się o kamień, a Bill upadł na nią. Ich twarze dzielił niecały cal i czuli swoje oddechy. – Twoja niezdarność mi służy – powiedział i pocałował ją delikatnie. W głowie Tonks zaczęły się kłębić tysiące myśli, których nie potrafiłaby opisać słowami. Wplotła dłonie w jego rude, aksamitne włosy, a on oplótł ją w tali. Nie było niczego poza nimi, aż do czasu, gdy rozległ się dobrze znany im głos.
- Bill! Tonks! Co wy wyrabiacie?! – Oderwali się od siebie natychmiast. Bill podniósł głowę i ujrzał swojego brata oraz jego przyjaciółki.
- Charlie… cześć! – Bill wyraźnie się speszył. – Ładna dziś pogoda…
- Ta, cudowna… Mógłbyś wstać z Tonks? – zapytał poirytowany chłopak, a Sara z Amelią chichotały za jego plecami. Bill posłusznie wstał i podał Tonks rękę, żeby mogła wstać. – Padło wam już na głowy?! Wy… całujecie się… pośrodku ulicy… i do tego leżąc!
- A nie mówiłem? Przewrażliwiony… - szepnął do Tonks Bill, a ta zaśmiała się krótko.
- To nie jest śmieszne, Tonks…
- A ty co, moja mama? Nie bądź śmieszny, bo pomyślę, że rzeczywiście jesteś zazdrosny! – powiedziała, rzucając mu złośliwe spojrzenie, a wszyscy zaczęli się śmiać.
- Nie… jestem… zazdrosny… - wysapał wściekły Charlie, zaciskając pięści. – Po prostu nie chcę patrzeć jak mój BRAT i moja PRZYJACIÓŁKA robią z siebie pośmiewisko na całą wioskę! – krzyknął i odszedł, nie odwracając się za siebie, a za nim podążyły, śmiejące się Sara i Amelia.
- Niezręczna sytuacja. Tak troszeczkę – stwierdził Bill, wpatrując się w oddalającego się brata.
- Tak, odrobinkę… - przyznała mu Tonks i oboje parsknęli śmiechem. –To co, jesteśmy razem?
- Oczywiście! Z tobą jestem w stanie pójść na koniec świata.
                   Dni mijały, a za nimi tygodnie i miesiące. Tonks i Bill stali się jedną z najbardziej rozpoznawalnych par w Hogwarcie. Gdzie byli oni, tam też była zabawa. Z nimi nigdy nie było nudno, a tym bardziej, gdy rok później dołączyli do nich młodzi bliźniacy, którzy od razu pokochali Nimfadorę. Sara z Amelią ciągle narzekały na słuchanie miłosnych opowieści zakochanej Tonks, ale mimo wszystko cieszyły się szczęściem przyjaciółki. Charlie z początku bardzo ubolewał z powodu związku swojego brata i przyjaciółki, bo jak się okazało, podkochiwał się w Tonks. Jednak z czasem pogodził się z rzeczywistością i stał się najlepszym przyjacielem zarówno Dora jak i Billa. Percy, którego Nimfadora również poznała i nie za bardzo go polubiła, ku zdumieniu wszystkich swoich braci, nie wygadał rodzicom, że ich pierworodny związał się z jakąś dziewczyną. Wszystko układało się idealnie, nawet wtedy, gdy Tonks musiała rywalizować z ukochanym na boisku.
                   Minęły dwa cudowne lata ich związku. Bill kończył już Hogwart, a Tonks został jeszcze rok. Tonks nie wiedziała, kiedy ten czas minął. Mimo, że niedługo mieli się rozstać na całe dziesięć miesięcy, nie ubolewali nad tą rozłąką. Oboje zaplanowali swoją przyszłość. Postanowili, że gdy tylko Tonks skończy szkołę przedstawią sobie swoich rodziców i zamieszkają gdzieś w okolicach Londynu. Wszystko było idealne, aż do jednego z ostatnich wieczorów czerwca.
                   Na granatowym niebie upstrzonym gwiazdami lśnił srebrny księżyc w pełni. Pod drzewem, pod którym dwa lata wcześniej Bill zaprosił Tonks na ich pierwszą randkę, para przytulała się, wpatrując w niebo.
- Pomyśleć, że zostawisz mnie tu samą… - westchnęła Tonks głosem pełnym pretensji.
- Nigdy nie będziesz sama. Biedzie Charlie, Sara z Amelią, Fred i George, oni na pewno poprawią ci humor – zapewnił ją. Nie chciał, żeby była smutna, tym bardziej, że wiedział o tym, że musi jej powiedzieć o czymś bardzo ważnym.
- Masz rację – zgodziła się z nim Tonks. – W końcu to tylko dziesięć miesięcy, będziemy do siebie pisać, spotykać się w Hogsmeade. Ty będziesz miał pracę, a ja zacznę studia aurorskie. Będzie jak w bajce! –westchnęła rozmarzona.
- Wiesz, w tym planie parę rzeczy się zmieniło, ale nie zdążyłem ci o tym jeszcze powiedzieć.
- Jakie rzeczy? – zainteresowała się Tonks, spoglądając ciekawie na Billa. A ten wziął głęboki wdech i wyrzucił z siebie:
- Dostałem propozycję pracy, jako łamacz klątw.
- Bill, to wspaniale! Gratuluję! – zawołała uradowana dziewczyna i rzuciła się chłopakowi na szyję.
- To nie jest takie wspaniałe, jeśli przyjmę tę propozycję będę musiał wyjechać. Daleko… i na długo… Więc nie będziemy mogli się spotykać, nie wiem nawet czy będziemy mogli ze sobą pisać – powiedział, odsuwając od siebie Tonks.
- Ty chyba nie próbujesz ze mną zerwać za pomocą jakiejś głupiej historyjki? – spytała podejrzliwie Tonks. Bill roześmiał się nerwowo i przytulił ją mocniej. Nigdy nie przeszło mu przez myśl, że mógłby rozstać się z Tonks.
- Nie, nie chcę z tobą zerwać, ale mówię całkowicie poważnie. To dobrze płatna posada, warunki świetne, ale jak już powiedziałem daleko i długo… Bo jeżeli podpiszę umowę, a te przeklęte gobliny są strasznie umowne, to będę musiał siedzieć, aż do skończenia kontraktu – wytłumaczył z ciężkim sercem.
- Jak daleko i na jak długo?
- Egipt, musiałbym wyjechać do Egiptu na dziesięć lat… - wyznał, wpatrując się w okrągły księżyc. Tonks jakby zapomniała o oddychaniu, nie wiedziała co powiedzieć. Ta wiadomość kompletnie ją zszokowała! Znała Billa, wiedziała jak bardzo zależy mu na tej pracy, ale czuł się zobowiązany wobec niej, nie chciał jej zostawić. A ona nie chciała, żeby ją opuścił, ale liczyło się jego szczęście… Przecież jakoś to przeboleję.
- Jeśli wyjedziesz przyrzekniesz, że do mnie wrócisz? I że mnie nigdy nie zdradzisz? – zapytała Tonks drżącym głosem, patrząc wprost w błękitne oczy Billa.

- Wrócę, oczywiście, że wrócę i będę wierny. A gdy znowu się spotkamy nic nas już nigdy nie rozdzieli. Przysięgam! – powiedział pewnym, stanowczym głosem, patrząc w jej oczy. Mówił szczerze, wiedziała o tym, ufała mu jak nikomu innemu. Mimo, iż strach przed tak długim rozstaniem zaprzątał jej głowę, wierzyła, iż za te dziesięć lat znowu będą razem. Bill pocałował ją, a ten pocałunek przepełniony był miłością i tęsknotą, której mieli niedługo doświadczyć. Jednak w tamtej chwili wspólnie korzystali ze swojej bliskości. Tonks była najszczęśliwsza na świecie, w ramionach swojego ukochanego i przez myśl jej nie przeszło, że gdzieś tam jakiś człowiek pod wpływem księżyca przechodzi bolesną przemianę.

9 komentarzy:

  1. Naprawdę bardzo przyjemnie się czyta :) Podoba mi się parring Tonks i Bill, chyba jeszcze nawet nigdy o takim nie słyszałam. Dodaję u siebie do linkowni, będę tutaj wpadać zdecydowanie częściej :)

    I zapraszam do siebie, u mnie również potterowsko, jednak główna bohaterka jest wytworem mojej wyobraźni: http://herlaststory.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  2. 10 lat... Jak Odyseusz i Penelopa... Tylko Odysiek wyjechał na bitwę, a Bill po pracę... Niemniej jednak odpowiada mi to. Kiedyś już to czytałam, dawno, dawno... Dawno temu, na innym blogu i strasznie przeszkadzała mi pisownia. Teraz jest świetnie. Najstarsi Weasleyowie zalecają się o względy Tonks! I świetnie ci to wyszło. Oni sobie siedzą przy pełni księżyca, przytuleni do siebie z miłością w oczach... A gdzieś tam, daleko Lupin cierpi męczarnie. Zakochałam się w tym blogu. Lecę czytać kolejne rozdziały. Całe podsumowanie napiszę w ostatnim, oki?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dawno, dawno temu choć pomysł był dobry, nie było się czym zachwycać. Poprawiłam to i... jest lepiej, prawda? Kolejne rozdziały, a dokładniej te od 10 w górę nie są poprawione i no, może nie są najlepsze. Brakuje trochę czasu na pisanie i poprawianie, ale taki już mój los. Jestem bardzo ciekawa twojego podsumowania! Mam nadzieję, że dasz tym mi kopa i poprawie swoje błędy, które na pewno się pojawią...

      Usuń
  3. Hej, hej, hej! Tu Atria Adara ;)
    Pomyślałam sobie, że skoro na rozdział o Lily trochę poczekam, to przeczytam inne opowiadania Twoje i Vivian. A z racji tego, że to jest najdłuższe, od niego zaczynam! Hm, jeśli podasz kiedyś swój adres, chyba wyślę ci pocztą jakiś porządny notatnik, skoro tak cenisz sobie moje sekcje, to - jak uprzedzałam - będę je robić ;)
    Stwierdziłam, że najwydajniej będzie pisać komentarz czytając. Dlatego może wkraść się lekki chaos, bo opinie będą wymieszane ze zwróceniem uwagi na ewentualne błędy.
    W pierwszym akapicie pojawia się "tego roczna jesień". Tegoroczna piszemy razem ;) Czyżby przepracowany Word? ;) W tym zdaniu pojawia się też "która dopiero, co..." - "dopiero co" jest jednym wyrażeniem i przecinek jest zbędny. "...jesiennego słońca, przedzierały się przez niebiańskie obłoki..." - tu również ;) "Dookoła słychać było śmiech rozweselonej młodzieży, tylko jedna drobna dziewczyna nie miała powodu do śmiechu" - pojawia się powtórzenie słowa "śmiech". Może warto by zmienić "powód do śmiechu" na "powód do radości"? "na pstrokatym, wełnianym kocu siedziały trzy osoby, śmiejące się głośno" - subiektywnie zmieniłabym to na "siedziały trzy, śmiejące się głośno osoby". "Amelia Robbins wysoka, zgrabna blondyneczka, która leżała z podkulonymi nogami i bawiła się swoją różdżką. Amelia była bardzo urodziwą dziewczyną o wesołych, brązowych oczach, które zawsze lśniły tym przyjaznym blaskiem, którego widok pocieszyłby każdego" - po Amelia Robbins albo myślnik, albo przecinek. No i jej imię rozpoczyna kolejne zdanie... a w kolejnym zdaniu "które" i "którego". "...zielonych, jak trawa hogwardzkich błoni, oczach" - wtrącenie jest niepotrzebne, przecinki można zlikwidować. No i sprawa, o której pisałam pod I rozdziałem Lily - przymiotnik od Hogwartu jest pisany przez "c" ;) " Dziewczyna przytupnęła" - wcześniej opisujesz trzy dziewczyny, a po nich chłopaka. Powinnaś sprecyzować, że chodzi o Tonks, bo chociaż można się tego łatwo domyśleć, jest niepoprawne gramatycznie. "Cała trójka wymieniła miedzy sobą rozbawione spojrzenia i spróbowali ukryć mimowolne uśmiechy" - najpierw mówisz o trójce, czyli podmiot ma rodzaj żeński. I pierwszy czasownik, "wymieniła", jest wtedy okej. A potem pojawia nam się "spróbowali", i to już zgrzyta. W następnym zdaniu znów pojawia się przecinek w wyrażeniu "dopiero co" i powtórzenie słówka "jej". Może zmienić to na "...wlepił jej szlaban, według niej niezasłużony"? Cały akapit wprowadza bohaterów, poznajemy też przyczyny złości Tonks. Zaczyna się ciekawie. No i zauważyłam brak prologu - czyżby fałszywe przekonanie, że nie umiesz pisać rozdziałów tego typu? ;)
    "- Źle? – prychnęła" - w poprzednim zdaniu podmiotem była Amelia, więc tu trzeba zaznaczyć, że to nie ona prycha ;) "Powtarzam KAŻDEMU" - wydaje mi się, że między tymi słowami powinien być dwukropek lub przecinek. A wcześniej Tonks rzuca czymś "niewiadomo w jakim kierunku" - nie wiadomo piszemy osobno. "...trochę poczerwieniałaś. – dodała" - wywalić kropkę, pisałam o tym już na blogu o Lily. Może nie będę wypisywać każdego tego typu przypadku, ale popełniasz ten błąd nałogowo ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. "poczym położyła dłonie na biodrach" - "po czym". Osobno. "No to, na jaki kolor macie ochotę?" - bez przecinka. "Mimo że" - ale przed "że" to się już przecinek należy. Zawsze! "...a kosmyki, których nie udało mu się okiełznać nachodziły na pociągłą twarz..." - po "okiełznać" przecinek, bo to wtrącenie. "Spięła je tak jak doradził jej" - przecinek między "tak" i "jak", będzie lepiej brzmiało ;) "„To dla tego są tacy podobni.” –pomyślała Tonks i uśmiechnęła się mimowolnie" - kropka po "podobni" niepotrzebna, a przed "pomyślała" zgubiła się spacja ;) "- Daj spokój, Charlie… - zaśmiał się wesoło brat Charliego" - powtórzenia. Skoro imię zostało już podane, zaśmiać spokojnie mógł się Bill. "...a Tonks uśmiechnęła się rozmarzona. - Ja jej tylko doradziłem i do tego miałem rację. Wyglądasz ślicznie, Tonks" - po pierwsze, powtórzenie "Tonks". Po drugie wydaje mi się, że lepiej brzmiałoby "Ja jej tylko doradziłem! I do tego miałem rację". "Jestem Bill. – wyciągnął" - a tutaj, uwaga, nie każę wywalać kropki, tylko "wyciągnął" wielką literą. "...zwrócił się do swojego brata. – Słuchaj bracie" - wiesz, co chcę napisać, prawda? Brat i brat. "i poczuła jak serce zabiło jej mocniej, tysiące myśli zaświtało w jej głowie, a im wszystkim przewodziła jedna. – Bardzo chętnie się z tobą spotkam" - primo: wywalić drugie "jej". Secundo: po "przewodziła jedna" dwukropek. "To, co? O dziesiątej w sali wejściowej" - przecinek między "to" i "co" do wywalenia. A Sala Wejściowa, o ile mnie pamięć nie myli, to nazwa własna i pisana jest wielkimi literami. "...odszedł zostawiając..." - przed imiesłowami przysłówkowymi ZAWSZE stawiamy przecinek. Ew. przed słowem poprzedzającym ów imiesłów. No i z wyjątkiem "wyjąwszy". "...zaśmiewała się z przyjaciela Sara, Amelia chichotała głośno za jego plecami" - według mnie albo "a" przed "Amelia", albo "zaś" po Amelia. Dialog bardzo ciekawy, Tonks i Bill umawiają się. Nie spotkałam jeszcze tej pary, ale chyba długo nie pociągną, prawda? A przynajmniej nie sto rozdziałów. Z ciekawości rzuciłam okiem na najnowszy ;)
      "Za każdym razem uśmiechał się do ujmująco i puszczał do niej oko" - przeczytaj to zdanie - tylko uważnie, słowo po słowie - a na pewno coś ci zgrzytnie. Zgrzytnęło? ;) "– Fatalne Jędze," - rozumiem, że nazwa zespołu jest wtrąceniem. Więc albo dwa myślniki, albo dwa przecinki. "...na ziemie..." - brak ogonka. Powinno byś chyba "ziemię", co? "...nie przejmowali się tym czy ktokolwiek to słyszał" - przecinek po "tym". "Przy Billu nagle, żadne słowa nie przechodziły jej przez gardło" - a tutaj z kolei przecinek niepotrzebny. "a zanim zaczniemy się całować chciałby cie lepiej poznać" - chyba "chciałbym cię", nieprawdaż? Chyba, że Bill lubi mówić o sobie w trzeciej osobie ;) "Zaczynała się czuć swobodnie z każdą minutą" - wydaje mi się, że chodziło Ci o to, że zaczynała czuć się coraz swobodniej, ale mogę się mylić. "...się nad tym jak to by było gdyby byli razem" - przecinek po "tym", i chyba ładniej brzmiałoby: "nad tym, jak by to było". "zawszę" - a tu ogonek całkowicie zbędny. "Oznajmiła poważnie mając nadzieję" - tu gdzieś musi być przecinek, albo po "oznajmiła", albo po "poważnie". Zależy, czy oznajmiła to poważnym tonem, czy poważnie miała nadzieję. "Do jakiego domu chodzisz?" - do domu chyba się nie chodzi, tylko się należy. I zawsze mi się wydawało, że Domy w tym znaczeniu pisze się wielką literą, ale tu mogę się mylić.

      Usuń
    2. "Są jeszcze bliźniaki Fred i George," - po bliźniakach postawiłabym przecinek. "...też żeby ich twarze prawie się stykały" - żeby też, nie też żeby. "...kiedy Tonks, pod wpływem przyśpieszonego rytmu serca i niezrozumiałym dla niej samej impulsem," - skoro pod wpływem, to niezrozumiałego dla niej samej impulsu. "...a Tonks puściła się pędem przed siebie. Tonks śmiała się wesoło" - powtórzenie. "Bill dreptał jej po pietach" - pietach czy piętach? Chyba piętach ;) "...niecały cal..." - a tutaj mamy cale. Ciekawe... wiesz o czym mówię, prawda? "...część" - Bill krzyczy do brata, więc chyba by się witał, a nie wyskakiwał z jakimiś częściami, prawda? "Padł wam już na głowy?!" - chyba "padło". "O do tego leżąc!" - "a do tego leżąc!"? "Anie mówiłem?" - Anie to dwie dziewczyny o imieniu Ania. Zgubiłaś spację ;) "Szepnął do Tonks, Bill," - przecinek po Billu uzasadniony, przed - absolutnie nie. "Nie… jestem… zazdrosny…- wysapał wściekły Charlie" - spacja przed myślnikiem. Opis randki bardzo przyjemny, wywód Billa czarujący, a sytuacja z Charliem bardzo zabawna. Przez dobre półtorej minut szczerzyłam się przed monitorem jak głupia. I w części z randką jest też okropne nagromadzenie zaimka "się", zwłaszcza w niektórych miejscach, ale wiem, że to słowo trudne to zmiany.
      "...bo jak się okazało podkochiwał się w Tonks" - "jak się okazało" jest wtrąceniem, więc przecinek przed i po tym wyrażeniu. W okolicy tego zdania jest też okropne nagromadzenie słowa "Tonks". "Pomyśleć, że zostawisz mnie tu samą…- westchnęła" - zagubiona spacja przed myślnikiem. "...zaciekawiła się Tonks, spoglądając ciekawie na Billa" - albo się zainteresowała, albo spoglądała z zainteresowaniem. Bo jest powtórzenie. "...tą propozycję" - w mowie dopuszczalne. W piśmie absolutnie nie. TĘ propozycję. "... nie chce..." - znów daje o sobie znać zwyczaj mówienia w trzeciej osobie, Bill? "Przecież jakoś to przeboleje" - proszę, choroba zakaźna! Tonks też poczuła sympatię do trzeciej osoby? ;) "...ufało mu jak nikomu innemu" - ufałO? Na pewno? Może ufałA? ;) Ostatnie zdanie - PERŁA. Czarna na dodatek. Wspaniałe, oni się cieszą, a Remus... nawet nie tylko Remus! Dziesięcioletni wyjazd... masakra. Biedna Tonks. Jestem ciekawa, jak to się rozwinie. A, są dwa momenty, w których są okropne powtórzenia słówka "że". Jeden moment jest pod koniec, tych "że" jest tam trochę mniej, drugi gdzieś w środku. A ja, od kiedy w zadaniu domowym z polskiego miałam sześć "że" w trzech zdaniach, jestem na to bardzo wyczulona. To było chyba w drugiej klasie podstawówki, mieliśmy napisać, czego dowiedzieliśmy się o Grenlandii. Do dziś pamiętam te czerwone kółeczka... i od tamtej pory o wiele częściej nadużywam "iż" ;)
      Ojejku, już ta godzina się zrobiła? Cóż, następne rozdziały przeczytam i skomentuję w niedługim czasie (ale ambitna się zrobiłam!).
      Pozdrawiam, AA. I mam nadzieję, że tym razem Cię nie przestraszyłam... aż tak ;)
      PS Tym razem tylko w trzech częściach! ;)

      Usuń
  4. Cudowny!! co prawda było tam chyba parę literówek, ale co to mało istotne, na takie opowiadanie czekałam bardzo długo, przeszukując chyba połowę internetu xd

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Strasznie mi miło! Wydawało mi się, że wyeliminowałam wszystkie literówki, ale wiadomo wszystko może się zdarzyć. Aż połowę internetu? ;D Cieszę się, ze Ci się podoba :)

      Usuń